Strona główna serwisu biblioteki - www.cbr.edu.pl

Rolniczy Magazyn Elektroniczny

             Centralna Biblioteka Rolnicza

Marzec 2009   Nr 30   ISSN 1734-3070


strona główna biblioteki poprzednia strona      następna strona spis treści    redakcja


  Publicystyka prasowa

Wywiad z redaktorem Andrzejem Zalewskim
 

Wywiad z Redaktorem Andrzejem Zalewskim - twórcą Eko-Radia – w 60 rocznicę rozpoczęcia pracy dziennikarskiej w Polskim Radiu

 

Aleksander Kosieradzki: Kiedy i w jakich okolicznościach zainteresował się Pan profesjonalnym przewidywaniem pogody?

Redaktor Andrzej Zalewski: To były moje lata studenckie. Jako student Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie zauważyłem rzecz oczywistą dla każdego mieszkańca wsi, iż rolnik pracuje w fabryce bez dachu, w związku z tym podstawową informacją w jego warsztacie pracy jest informacja o pogodzie, która służy mu przez cały dzień, nie mówiąc już o prognozowaniu dalszej pogody. I w tym należy doszukiwać się mojego zainteresowania pogodą.

Po skończeniu studiów o kierunku zootechnicznym, czyli bardzo dalekim od dziennikarstwa i od meteorologii, zacząłem działalność dziennikarską i oświatową w zakresie upowszechniania wiedzy rolniczej. Wtedy po raz pierwszy zetknąłem się z Polskim Radiem. 16 marca 1949 roku, a więc 60 lat temu, przygotowałem pierwszą audycję i wykonałem ją własnym głosem na antenie Polskiego Radia w studio na Myśliwieckiej.
Była to prosta pogadanka - nie pamiętam już w tej chwili dokładnie czego dotyczyła. Zdaje się, że tematem były pierwsze, polowe prace wiosenne. Wówczas zacząłem myśleć, co by tu takiego zrobić, żeby w radiu rozbudować osłonę meteorologiczną – jak to my dzisiaj fachowo nazywamy, nawiązując do chwalebnej tradycji radia jeszcze z okresu międzywojennego.
Otóż trzeba wiedzieć, że pierwszy komunikat radiowy o pogodzie został nadany 10 lutego 1925 roku przez Próbną Stację Techniczną (PTR) nadającą przy ulicy Narbutta. Było to jeszcze przed rozstrzygnięciem procesu koncesyjnego, rok wcześniej zanim Polskie Radio zaczęło nadawać swoje programy. Był to sukces światowy, ponieważ Polska była wówczas trzecim krajem na świecie który włączył tworzącą się radiofonię w proces budowy osłony meteorologicznej. Byliśmy, mówiąc językiem sportowym, brązowymi medalistami. Złoto miała BBC a srebro Deutschland Sender - niemiecka stacja. Rozpoczynając współpracę z Polskim Radiem zdawałem sobie sprawę, że tradycja nadawania prognoz pogody sięga 1925 roku.
Rozpocząłem tę współpracę w 1949 roku jako były żołnierz AK i Szarych Szeregów co oczywiście pozbawiało mnie kwalifikacji politycznych, żeby dostać etat Polskiego Radia, w którym, że tak powiem byłem ledwie tolerowany z uwagi na moje kwalifikacje mikrofonowe. Mój pomysł był taki, żeby nadawać rano jakiś komunikat o pogodzie.
Na początku problemy miałem olbrzymie. Dzisiaj brzmi to wręcz anegdotycznie, ale godne jest przypomnienia. Mianowicie po moich licznych rozmowach z kierownictwem Polskiego Radia, w końcu doszliśmy do momentu, w którym kierownictwo powiedziało mi tak: „No wie Pan prognoza pogody o piątej rano - słusznie. Ale o tej godzinie nie ma cenzora państwowego, bo dyżury zaczynają się od dziewiątej rano. W związku z tym, nawet jeśli Pan by coś takiego próbował robić, to nie będzie komu dać licencji nadawania tego tekstu”. Zacząłem więc przekonywać, że istnieje niezmiernie małe prawdopodobieństwo, żebym mógł do meteorologii wprowadzić elementy polityczne, ryzykowne z punktu widzenia polityki partii i ówczesnego rządu.
Minęło parę miesięcy. Wezwał mnie do siebie ówczesny dyrektor Polskiego Radia p. Jerzy Baumritter i powiedział:
    „Mimo, że jest pan człowiekiem bezpartyjnym, że ma pan pochodzenie inteligenckie - a my do inteligencji polskiej nie mamy zbyt dużego zaufania - korzystając z moich przywilejów władzy daję panu prawo cenzurowania tekstów o godzinie piątej rano. Pan będzie dla tej audycji cenzorem państwowym”.
Audycja liczyła ledwie cztery minuty i tak się to zaczęło. Każdego dnia wysyłano do mojego mieszkania na Żoliborzu samochód z Myśliwieckiej. Kierowca nie opuszczając samochodu wyciągał rękę - dostawał ode mnie kartkę maszynopisu i ciupasem wiózł ją, aby zdążyć na 5.05 na Myśliwiecką.
Odniosłem sukces! - zaczęły przychodzić listy od słuchaczy, chłopi dziękowali. Tak na marginesie powiem panu, w stanie wojennym niestety nie dopilnowałem odbioru tych listów jakie otrzymywałem w tamtych latach, a były to niezwykłe listy, które zaczynały się następująco: „W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Ja Mariusz Mazur zwracam się do Pana, Panie Andrzeju Zalewski...” Tak pisali nie tylko chłopi. Taka była formuła listów z okresu dawnej, „starej” Polski.
No więc audycje szły, rosło uznanie dla jej autora, otrzymywałem do kilkudziesięciu listów dziennie z aprobatą itd. Trwało to chyba ze dwa lata mniej więcej zanim popełniłem poważny błąd - tak dziś po latach uważam, biorąc pod uwagę terror, jaki wówczas panował i wojnę psychologiczną prowadzoną z Polakami. Polegał on na tym mianowicie, że w tekście, którego sam byłem cenzorem napisałem: „Ze Wschodu nadciąga zimny wyż rosyjski”. Spiker oczywiście przeczytał. No i już o ósmej rano zostałem wezwany do szefa Polskiego Radia. „Proszę pana – usłyszałem - audycja jest zdjęta. Pan wprowadza elementy propagandy politycznej ponieważ ze Wschodu my możemy oczekiwać wyłącznie ciepłych, gorących gestów przyjaźni polsko-radzieckiej”. Może pan sobie wyobrazić, że w czasach, kiedy bardzo łatwo można było znaleźć się w UB, nie wyszedłem z gabinetu prezesa na „twardych nogach”... Ale po następnych paru dniach tenże dyrektor wzywa mnie i mówi: „Niech Pan nie odbiera tego co wcześniej panu mówiłem zbyt ostro. Ja się zastanowiłem, konsultowałem z towarzyszami. Pana działalność jest pożyteczna. Myśmy zdjęli tę audycję na kilka miesięcy. Potem do niej wrócimy a Pan może dalej pracować”.
Takie były to czasy i taki początek prognozowania pogody przeze mnie w Polskim Radiu. Byłem pierwszym, który się tym zajął. Drugim był znany pewnie panu tylko z opowiadań - Czesław Nowicki – czyli „Wicherek”, który wprowadził prognozy pogody najpierw w „Życiu Warszawy” a potem wraz z „Chmurką” w Telewizji Polskiej, co przyniosło obojgu wielką popularność.

Opracowywanie dla radia prognoz pogody wymagało ścisłej współpracy z Instytutem Meteorologii i Gospodarki Wodnej. Nasze kontakty z Instytutem są od dawna bardzo bliskie. Pomimo, że pracuje tam już nowe pokolenie synoptyków niesłychanie miło mi się z nimi rozmawia. Mają do mnie stosunek pełen estymy i serdeczności. Kiedy codziennie rozmawiam z nimi telefonicznie, zawsze do mnie mówią: „Nasz Ojczulku. Co tam u Pana słychać?” Więc atmosfera jest wyjątkowo rodzinna.

Po kilku latach pracy w Polskim Radiu odszedłem od przygotowywania prognozy pogody. Prowadziłem działalność dziennikarską, min. redagowałem „Poranne rozmaitości rolnicze” - ponad półgodzinną audycję nadawaną wcześnie rano, audycje telewizyjne – m.in. „Niedzielną Biesiadę”...

Do zajmowania się pogodą wróciłem w czasach przełomu politycznego po 1989 roku. Byłem wtedy już cztery lata na wcześniejszej emeryturze, wysłany na nią przez prezesa Macieja Szczepańskiego w 1985-tym roku. Ale bakcyl radiowy, medialny był tak silny, że kombinowałem sobie, co tu zrobić by wrócić do czynnego dziennikarstwa. Wybór padł na funkcjonujący trochę na marginesie program 4 Polskiego Radia i ja w tym programie usiłowałem zaproponować jakieś gawędy o pogodzie - co nie budziło początkowo zainteresowania w ówczesnym kierownictwie tego Programu. Na szczęście dla powodzenia mojej inicjatywy dyrekcja pozyskała jakiegoś atrakcyjnego sponsora ze Szwecji. Za znaczącą sumę pieniędzy wykupił trzy godziny rannego programu, które przydały się (pieniądze) Polskiemu Radiu. I tenże pan, dyktując treści sponsorowanego programu w pewnym momencie zażądał wprowadzenia informacji meteorologicznych. „Potrzebuję człowieka, którego wy mi dacie, żeby opowiadał szerzej o zjawiskach meteorologicznych, nawiązując do ekologii i przyrody, bo u nas w Szwecji ta tematyka jest już od wielu lat powszechna”.

Taki był początek Ekoradia. Efekt był piorunujący. Od razu przyszło bardzo wiele listów i telefonów. Niektórzy pisali: „Jak to dobrze, że wrócił facet, który kiedyś już nam mówił o pogodzie”. Niestety zasięg słuchalności 4 Programu był niewielki.
Był rok 1991, kiedy zadzwoniła do mnie pani Krystyna Kanownik, będąca wówczas jednym z prowadzących audycję „Cztery pory roku” i powiedziała: „Panie Andrzeju, może byśmy to Ekoradio spróbowali przenieść do „Jedynki”?. Odpowiedziałem pytaniem: „Ale czy Pani przełożeni zaakceptują ten pomysł?.” Akceptacja była.
Zaczynałem od minuty. Potem były dwie minutki a następnie trzy. Słuchacze w listach dopominali się o Ekoradio. I już wtedy powiem szczerze, potęga Ekoradia nie wszystkim się podobała. Moja dolegliwość zawodowa - drogi przyjacielu jest taka, że wielokrotnie przez te 60 lat mojej obecności na antenie radia i telewizji w naszym kraju, podstawowym kłopotem było to, że kolejni rządzący ciągle niepokoją się skalą mojej popularności, która może zagrażać popularności polityków, ponieważ przy tej skali zainteresowania – mój sposób interpretacji prognozy pogody, kojarzenia pogody, zdrowia i przyrody jest tak atrakcyjny, że stawia mnie na granicy zagrożenia popularności politycznej. Czekam czy ktoś podejmie kiedyś ten temat. Powiedzmy sobie szczerze. W 20-leciu III Rzeczypospolitej, wolnej, suwerennej, demokratycznej, ciągle nie stać jest nas na to, aby stworzyć chociaż jeden kanał o charakterze prawdziwie obywatelskim, publicznym, a nie politycznym. Myśmy nie potrafili się do tej chwili wyzwolić z tego co w krajach Unii już dawno zostało osiągnięte – mianowicie nieskrępowana doraźnymi względami politycznymi rozmowa o sprawach państwa, o jego sprawności i roli polityków. U nas ciągle jest odwrotna kolejność - partyjna konkurencja i tworzenie różnego rodzaju układów, które zapewniają popularność polityków a nie poszerzają wiedzę obywateli.
Gdyby pan sięgnął do listów jakie otrzymuję to główny postulat słuchaczy jest taki: „Ekoradia jest za mało!” W każdym razie można śmialo śmiało powiedzieć, na początku 2009 roku na radiowej giełdzie notowań Ekoradio idzie znowu w górę. Dlaczego? Bo znamy sytuację ekologiczną, znamy wielkie, globalne problemy klimatyczne świata. Największą niespodzianką dla mnie jest ponad milion trzysta pięćdziesiąt wejść na naszą stronę internetową: www.niezapopominajki.pl
Dziwić może fakt, że audycja o pogodzie dla polskiej publiczności jest w 40% słuchana na komputerach krajów Unii, Ukrainy, Kanady, USA, Brazylii. Odpowiedź jest taka, że i moja strona i żywe słowo w radio jest to polskie słowo! Czyli skojarzenie tytułu – n i e z a p o m i n a j k a w języku polskim, dla wielu P o l o n u s ó w lub też ludzi emigrujących, czy czasowo emigrujących jest jakimś hasłem wezwania do miłości do starego kraju. Przed kilku dniami otrzymałem list od Polaka – kapitana statku pływającego na Renie. Pasjonujący list, który w całości umieściłem na wspomnianej stronie.

A.K.: Chciałbym dowiedzieć się, kto jeszcze pracuje z Panem przy tworzeniu Ekoradia?

Red. A. Zalewski: Ja i operator. Dostaję listy, w których ludzie piszą – „Zwracam się do Redakcji Ekoradia z prośbą, aby liczni pracownicy tej Redakcji byli łaskawi zwrócić uwagę na mój list”. (śmiech).

Powiem więcej. Mimo moich próśb - wielokrotnych, kiedy oferowałem nawet społecznie, bezpłatnie jakąś konsultację dla młodzieży, która by się tą dziedziną publicystyki, czy informacji radiowej zainteresowała – żeby troszkę skorzystali z mojego doświadczenia – nie ma na to ochoty!
Patrząc na meteorologię w Polskim Radiu dzisiaj mogę powiedzieć tak: że to nie jest oferta kiepska a to dlatego, że Polskie Radio ma redakcję „Radio Kierowców”. Osobiście uważam, że „Radio Kierowców” powinno mieć tylko krótką przerwę w nadawaniu między północą a czwartą rano ponieważ już od czwartej rano na polskich drogach zaczyna się ruch wielkiego transportu, a także – to jest też zjawiskiem bardzo ciekawym – typowym dla krajów wzrastającego dobrobytu – coraz więcej ludzi zaczyna dojeżdżać do pracy z coraz większej odległości. W Ameryce jest powszechnym zjawiskiem, że do pracy jeździ się 50 mil. To zaczyna być również coraz częstsza praktyka w Polsce, ponieważ zamożniejsi obywatele przenoszą się, niejako wracają na wieś, ci którzy wieś traktują jako stopień wyższej cywilizacji i komfortu życia bliżej przyrody. Można by tu dużo więcej dobrego zrobić, gdyby istniała między „Radiem Kierowców” a „Ekoradiem” pewna komunikacja merytoryczna, ale – to się tak bardzo dziś ładnie nazywa – „nie ma woli politycznej”...

A.K.: Panie Redaktorze. Jaka jest poza antenowa działalność Ekoradia?

Red. A. Zalewski: Poza antenowa działalność Ekoradia – proszę pana - zrodziła się w 2002 roku i odbyło to się w dniu Walentynek, czyli 14-tego lutego.

Wszedłem na antenę, w normalnym swoim wejściu i powiedziałem: „Proszę Państwa! Dzisiaj Walentynki. Wielkie święto, tych co się kochają – i nie tylko; wielki marketing dla domów towarowych – czerwone serduszko na każdym towarze, nawet na schabie. Ale ja uważam, że to wielkie europejskie i amerykańskie święto w Polsce ma jedną, podstawową wadę, otóż kochanie w lutym, przy tej pogodzie jest bardzo utrudnione...”
Wtedy też rzuciłem pomysł, aby podobne święto w Polsce obchodzić 15 maja. W ciągu niespełna dwóch tygodni przyszło 16 tysięcy listów aprobujących pomysł. I tak się zaczęło święto Polskiej Niezapominajki!
Jeżeli Pan pyta o działalność poza antenową, to niestety Polskie Radio zupełnie nie docenia pomysłu święta polskiej niezapominajki, który mógłby być kapitalnym sposobem pobudzenia popularności Programu I-szego Polskiego Radia. Aktualnie to święto w Polsce angażuje mniej więcej 800 szkół – przeważnie podstawowych, głównie „za dużymi miastami”, ponad 200 nadleśnictw, które są w stałym kontakcie z młodzieżą, szkołą i turystami, no i weszły już samorządy. Na przykład święto polskiej niezapominajki obchodzone jest w mieście Chmielnik – dostałem w tym mieście obywatelstwo honorowe przy entuzjastycznym powitaniu na rynku. Jest Zakład Edukacji Ekologicznej Lasów Państwowych – Jedlnia, gdzie z kolei gmina Pionki przyznała mi też obywatelstwo honorowe. Jestem również uhonorowany w niektórych parafiach Kościoła Katolickiego, które mnie regularnie zapraszają na spotkania z parafianami. Jest święto niezapominajki w Łebie, w Reszlu, w Szczecinie. Jest święto niezapominajki w kilkunastu przedszkolach, które przybrały nazwę – przedszkole niezapominajek. Także – wie Pan – to jest ta działalność, z którą idę do przodu, ale bardzo powoli. Gdyby tak polscy biznesmeni zechcieli potraktować niezapominajkę jako właśnie formę promocji rynkowej!. Przecież niezapominajkę można kojarzyć z turystyką, z żywnością ekologiczną, z miodami.

A.K.: Jakie są najcenniejsze Pana zdaniem zrealizowane i planowane inicjatywy Kapituły Niezapominajki Polskiej, której jest Pan przewodniczącym?

A.Z.: Kapituła Polskiej Niezapominajki to jak dotąd ciało nieformalne – powiem szczerze, dlatego, że nie bardzo mam siły, aby chodzić za tym po urzędach. Chcę natomiast zanim Opatrzność odwoła mnie z tego ziemskiego padołu, stworzyć Fundację Polskiej Niezapominajki, która byłaby absolutnie non profit, oparta na podobnych zasadach formalnych jak fundacja Owsiaka. Wydaje mi się, że doświadczenia Owsiaka zupełnie na innej, niesłychanie ważnej płaszczyźnie ratowania zdrowia są przydatne naszej inicjatywie - to jest inicjatywie uzdrawiania społecznego nastroju w naszym kraju i leczenia złych nawyków społeczeństwa; to mogłoby stworzyć właśnie tego rodzaju nową Tradycję.

Na razie nieformalna Kapituła Polskiej Niezapominajki podjęła kilka inicjatyw. Pierwsza miała miejsce w Jedlni przy współpracy Lasów Państwowych i Centrum Informacyjnego Lasów Państwowych. Jest tam wspaniała Leśniczówka, która nazywa się Niezapominajka (...) i tam się odbywają pod hasłem niezapominajki spotkania młodzieżowe – co stało się już lokalną, leśną tradycją. Drugi pomysł, też bardzo obiecujący – realizowany jest w Zakładzie Kultury Rolnej w Gołuchowie pod Kaliszem. W tym roku odbędzie się tam już po raz trzeci: „Konkurs bajarzy z Leśnej Polany”. Wzorujemy się na różnego rodzaju konkursach ortograficznych, rycerskich zapasach z Golubia- Dobrzynia, chcemy ten model rywalizacji przenieść na rycerstwo miłujące przyrodę. W tym roku po raz pierwszy przekonałem Dyrektora Generalnego Lasów Państwowych oraz Ministra Środowiska, żeby impreza „Konkurs bajarzy z Leśnej Polany” była firmowaną przez dwóch ministrów – środowiska i rolnictwa. (...). Szukam sponsorów, żeby nagrodą był na przykład elektryczny rower albo jakiś komplet turystyczny za parę tysięcy złotych.
Mamy nagrania tych konkursów. Niektóre wypowiedzi kapitalne! Na przykład w zeszłym roku pewna dziewczyna przez siedem minut – bo to jest taka zasada konkursu – opowiedziała o dziejach jej rodziny i o trzech pokoleniach leśników zakochanych w lesie. Ludzie klaskali przez kilka minut! Podejmujemy też inne inicjatywy. Na przykład szykuje się wielka impreza w Słupi Nowej pod Świętym Krzyżem w Górach Świętokrzyskich. Otrzymałem już decyzję samorządu Nowej Słupi, że będę miał w maju przyznane obywatelstwo gminy Słupia. Ja to sobie nadzwyczaj cenię i uważam, że właśnie mój sukces, to nie jest sukces sportowca, którego „pompują” media, to nie jest sukces polityka, którego „pompują” partie polityczne – a to jest sukces, tam daleko, na polskiej wsi, ludzi, którzy z żadnego przymusu, tylko z jakiejś sympatii, kreują mnie na skalę swoich możliwości. Ja to uważam za najwyższy komplement. Gdyby mi ktoś dzisiaj zaproponował jakąś prestiżową nagrodę medialną i honorowe obywatelstwo Słupi Nowej, to bym wybrał Słupię Nową!
Ostatnio byłem nominowany do konkursu „Mistrzów Mowy Polskiej”. Okazuje się, że tam musiały zdecydować polityczne kwalifikacje, więc kiedy w mediach ludzie zaczęli na mnie głosować i byłem głównym kandydatem, to raptem coś się stało dziwnego w elektronice... i skończyła się sprawa.

A.K.: Najcenniejsze dla Pana listy radiosłuchaczy. Proszę podać kilka przykładów.

A.Z.: Powiem szczerze, że najcenniejszy list, który przechowuję – jest pisany ręką robotnika, który do mnie pisze tak: „Panie Zalewski! Rzadko kiedy piszę, bo pracuję rękami. Ale Pana sposób rozmowy ze mną, prostym człowiekiem, jest tak sympatyczny, iż nigdy nie opuszczam Pana obecności na antenie”. To jest taka stronica pisana kaligraficznym drukiem. Poza tym, właściwie wszystkie listy, które są umieszczane w tej chwili na stronie www.niezapominajki.pl, zasługują na uwagę.

Oto przykład listu od „Mamusi”. Mamusia jest na Dolnym Śląsku sołtysem. Daj nam Boże zdrowie mieć takiego sołtysa. Sołtys, który uruchamia talerze słoneczne, oszczędza elektryczność w całej gminie budując wiatraki elektryczne. „Mamusia” ma córkę na Politechnice Wrocławskiej, która słucha Ekoradia i pisze pracę magisterską na temat ekologii.
Kapitalne listy nadchodzą od dzieciaków. Nawet jest taka książeczka - „Niezapominajki z polskiej bajki”, wydana przez Duszpasterstwo Katolickie z Włocławka, kilka lat temu jak to się zaczynało dziać z tą niezapominajką. Olbrzymią część listów stanowią f a n t a s t y c z n e listy Dzieciaczków! To jest też wielki sukces, że moje audytorium zaczyna się w przedszkolu, a kończy na moich rówieśnikach. Wyjątkowy przekrój słuchaczy! I wszystkie środowiska piszą do mnie - przede wszystkim wieś i małe miasteczka. Wie pan skąd mam najmniej listów? Z Warszawy.

A.K.: Nawet nie z Krakowa...

A.Z.: Nie, nie. Kraków pisze! Mam taką zaprzyjaźnioną szkołę w Pcimiu. Byłem u nich w zeszłym roku na święcie Polskiej Niezapominajki. Dzieciaki nazywają się Ekoludki. Ekoludki z Pcimia mają głowę na karku oczywiście, jest to głowa nauczycieli – te dzieci gromadzą bateryjki, szkło, różne odpady, segregują, s p r z e d a j ą, i co roku poszczególne klasy wyjeżdżają na Słowację, na baseny kąpielowe, na kilkanaście dni odpoczynku za pieniądze zarobione ze sprzedaży segregowanych śmieci. (...). Ujawniła się niedawno łódzka studentka, studiuje ekologię na Uniwersytecie Łódzkim i ona mi już drugi, czy trzeci miesiąc przesyła takie opracowanie – co się będzie działo w przyrodzie w kolejnym miesiącu. Niech Pan sobie przeczyta - luty. Fantastyczna opowieść! Ptaki, gady, rośliny, które kwitną, które się rozwijają pierwsze itd. Tych listów jest rzeczywiście bardzo dużo i ten najcenniejszy, to jest wspomniany list prostego człowieka, robotnika, natomiast jest bardzo dużo listów szkolnych, które bym na równi stawiał.. Acha jest wielka produkcja wierszy. I tu wie Pan? Zabawna historia. Otóż zastanawiałem się dlaczego tak dużo ludzi przysyła do mnie wiersze o niezapominajkach. Tego są setki – z tym, że znaczna część to jest grafomaństwo – przepraszam – o czym nie należy pisać ani nikogo obrażać - ale on (piszący) ma jakąś potrzebę, potrzebę poezji wobec ukochanego kwiatka. Wie Pan? Zacząłem zastanawiać się skąd to się bierze? Dlaczego na przykład nie o różach? Nie o bzie? A o niezapominajkach.

Jest bardzo ciekawa historia, mianowicie okazuje się, że – nie zdawałem sobie z tego sprawy zupełnie, w takiej skali – mianowicie niezapominajki to są kwiaty pamięci narodowej. Kwiaty te kojarzą ludziom przeszłość, kojarzą ludziom na przykład kartkę pocztową od Dziadka, który był na Syberię zesłany, czy innego Dziadka, który był emigrantem w Brazylii i ta niezapominajka dwustronnie kursuje. Mało tego w „Antologii Poezji Polskiej” jest również wydzielona w poezji polskiej – to mi potwierdzili poloniści – poezja kwiatów polskich. Wszyscy najwięksi poeci pisali wiersze o kwiatach, od Mickiewicza i Słowackiego począwszy. Otóż okazuje się, że niezapominajka jest kwiatem obok róży najbardziej pieszczonym przez poetów. Przyczyn musielibyśmy prawdopodobnie szukać bardzo głęboko w psychice społeczeństwa. Taka jest prawda.

A.K.: To jest kwiatek, mały niepozorny ale kontrast żółtego z niebieskim jest rzadki, cudowny.

A.Z.: Wszechstronna obecność - ogród, staw, lasy, wszędzie jest niezapominajka.

A.K.: Pytanie z zupełnie innej kategorii. Jakby Pan zdefiniował dzisiejsze dziennikarstwo i jak ono się ma do tego dziennikarstwa z Pana młodości?

A.Z.: Mojej młodości?.. Trudna sprawa, wie pan, trudna sprawa dlatego, że moim zdaniem porównywanie dzisiejszego dziennikarstwa i tego dziennikarstwa z początków PRL-u właściwie, bo tak to chronologicznie wygląda, jest niesłychanie trudne „dzięki” terrorowi politycznemu. Tamto wszystko to były jednak próby i produkcja i dziennikarstwo tłumione, sterowane cenzurą państwową, komunistyczną cenzurą, co wydaje się stawia troszkę w innym świetle tamte osiągnięcia przy obecnych, kiedy praktycznie wolno pisać wszystko.

Wolno rzucać kalumnie, oszczerstwa – wszystko wolno. Wolno też załatwiać swoje osobiste rachunki. No i wolno, to co jest cechą narodową, popisywać się zawiścią w stosunku do sąsiada. Ja uważam pod koniec mojego życia, że najbardziej śmiertelną trucizną dla społeczeństwa polskiego zawsze była, jest zawiść. To co Wańkowicz napisał: „zawiść uczucie niematerialne, bez zainteresowania materialnego” – jest prawdą. My Polacy lubimy być zawistni, dla zasady samej zawiści. Nie tak dawno miałem spotkanie z amerykańskim wybitnym dziennikarzem, który powiedział tak po pobycie w Polsce: „Słuchaj mój drogi. Wy jesteście dziwnym narodem. U nas w Ameryce jak sąsiad kupuje sobie samochód, to sąsiad mówi „o patrz jaki ładny kolor”. „Bardzo ładny samochód”. U Was jak sąsiad kupuje samochód, to się mówi: „skąd ten łobuz wziął pieniądze?” Jest to nie moje a Amerykanina, dziennikarza, niesamowite precyzyjne o k r e ś l e n i e cechy narodowej. Nikt nie wie za jakie pieniądze on kupił ten samochód, ale na wszelki wypadek – skąd on wziął? Pewnie ukradł! Sugestia podświadoma. Otóż poziom dzisiejszego dziennikarstwa jest moim zdaniem niższy od poziomu w warunkach Polski skomunizowanej, która miała oczywiście część dziennikarzy sługusów ustroju, ale była wcale nie mała grupa prawdziwych dziennikarzy – no niech Pan weźmie Kisiela na przykład. Pierwszy z brzegu przykład - Kisiel. Niech Pan popatrzy na inne nazwiska, było kilkadziesiąt nazwisk wybitnych talentów dziennikarskich, którzy w granicach politycznych możliwości komunikowali się ze społeczeństwem na przyzwoitym poziomie.

A.K.: Antoni Słonimski?

A.Z.: A propos Słonimskiego. Dowcip jest do powtórzenia. Absolutnie. Mało kto wie, otóż byłem na konferencji prasowej po powrocie Słonimskiego z Londynu, z emigracji. To był chyba 1948-my rok, nie pamiętam dokładnie, kiedy Antoni Słonimski wrócił. W każdym razie było wielkie halo, ja już byłem początkującym dziennikarzem, wszystko mnie interesowało, więc również na Foksal poszedłem na konferencję prasową Antoniego Słonimskiego, który miał „oświadczyć” swój powrót do PRL-u.

Bardzo przyjemne Jego przemówienie, bez żadnych akcentów politycznych specjalnie: „Wracam do Polski, jestem sentymentem związany” itd. - pięknie powiedział. A potem zaczęły się różne popisy tych piesków ustrojowych, idące w kierunku pytań: „Wrócił Pan do Socjalizmu, będzie Pan budował Polskę”. Widziałem siedząc niedaleko, jak ten Słonimski zaczyna dostawać kolorków i w pewnej chwili wstał jakiś pismak – nie powiem nazwiska, nieważne: „Mistrzu! Pana talent, teraz na potrzeby i usługi Polski Ludowej! Jak Pan się czuje?! A Słonimski wstał i powiedział: „Znakomicie proszę Pana, Znakomicie dlatego, że mam za sobą dwadzieścia cztery klasy szkoły”. „Jak to dwadzieścia cztery?” „No bardzo proste: osiem Dziadek, osiem Ojciec i osiem ja”. Byłem tego świadkiem. Zrobiła się cisza absolutna wśród dziennikarzy...

A.K.: Panie Redaktorze skąd Pan bierze tyle pomysłów i energii do swojej pracy?

A.Z.: Boże Święty. Nie wiem. Mam taką główkę, która ciągle myśli. Raz lepiej raz gorzej. Wie Pan – jak patrzę na dzisiejszych dziennikarzy, to jedna rzecz mnie w najwyższym stopniu niepokoi, otóż coraz więcej dziennikarzy kreuje się, że tak powiem, na mistrzów dla polityków, rządu, sejmu i władzy. To znaczy oni nie mówią z punktu widzenia usługowego - informowania, indagowania, przepytywania ale cały czas się powtarza zupełnie coś innego – „mnie się wydaje, że Pan Premier X, Y, to powinien w tej chwili usiąść na lewym krzesełku”.

To nikogo nie obchodzi co się wydaje Panu Dziennikarzowi. Bo jemu się może wydawać, natomiast jego zadaniem jest spytanie Pana Premiera X, Y-ka: „Dlaczego Pan się przesiadł na tamte krzesełko?” Prosta sprawa. Jestem przerażony! Te wszystkie nasze wielkie media, słucham tych komentatorów, którzy uważają się mistrzami ekonomii, socjologii, polityki – oni wiedzą najlepiej wszystko! Przerażające, tego nigdzie na świecie nie ma, w takiej skali. Owszem zdarzają się wybitne sławy amerykańskiej demokracji, czy niemieckiej, ale to są pojedyncze osoby, ale nie chór! Chór specjalistów od wszystkiego.
Także to mnie najbardziej z tego wszystkiego niepokoi, a poza tym uważam, że dziennikarstwo dzisiejsze popełnia jeden, zasadniczy błąd. Dziennikarstwo dzisiejsze nie ma żadnej świadomości tego, że obecne społeczeństwo tkwi swymi korzeniami we wsi. Jakimś nieporozumieniem jest sugerowanie, że najliczniejszą i najważniejszą grupą społeczeństwa jest bulwarowa publiczność stadionów sportowych, i że to do nich głównie mówimy, do nich adresujemy w najlepszym czasie informację, że do Koziej Wólki przywieziono żonę bramkarza, który wystąpi w jutrzejszym meczu, żeby się troszkę odprężył. I to jest wiadomość, która idzie w prime time. Gdzie my jesteśmy Panowie?..
Słabym głosem mówi się o pozytywnych wartościach, o wydarzeniach, które budzą zainteresowanie. Dla przykładu ta moja Pani Sołtys, która opowiada o tym, jak w swojej wsi stara się ekologizować życie, przyrodę. Toż ona powinna być na pierwszych stronach mediów. Jako ewenement. Ktoś może powiedzieć: „Plujesz we własne gniazdo, z którego wyrosłeś i to wyrosłeś w czasie komunizmu”.
Miałem szczęście, krótko bo krótko, jeszcze jako student SGGW – przez krótki czas pobytu Stanisława Mikołajczyka i Jego PSL-u w Polsce razem z wybitnym mecenasem Stefanem Korbońskim, zetknąć się z zupełnie inną grupą ludzi, którzy myśleli tymi kategoriami, którymi chyba i ja myślę.
To było chyba na kilka tygodni przed ucieczką Mikołajczyka z Polski. Ja wówczas współpracowałem z Redakcją „Gazety Ludowej”, zresztą mam zachowane pierwsze swoje artykuły – jako pamiątki dla moich wnuków – i przypadek czysty zrządził, że byłem w redakcji i coś tam dłubałem przy maszynie do pisania, kiedy do tego pokoju, gdzie było kilka osób wszedł Mikołajczyk z Korbońskim. Przechodzili – zobaczyli mnie, wszystko trwało trzy minuty – „A Pan co tu robi?” „Ja jestem studentem – Panie Premierze – SGGW kończę.” „Pan jest chłopem?” Ja mówię: „nie...” „A kim Pan jest?” „Jestem Warszawiakiem, mój ojciec był muzykiem i adwokatem ale ja tak bardzo lubię wieś i ...”. A Stefan Korboński zwraca do Mikołajczyka: „Widzisz? My takich inteligentów potrzebujemy teraz na wsi”. I wyszli..

A.K.: Panie Redaktorze, jak za 10 lat Pana zdaniem będzie wyglądać polska wieś i polskie rolnictwo?

A.Z.: Trzeba by się Świętego Piotra spytać. Mnie się wydaje, ze czeka nas kompletna rewolucja w rolnictwie światowym. Przy obecnej nieskutecznej walce z głodem na świecie mamy sytuację, w której część mniejsza sytych i bogatych pasjonuje się jedzeniem mięsa. I należy ich zmusić, życie to zmusi, do przejścia na wegetarianizm. Oczywiście stopniowo, ale zdecydowanie jeśli ludzkość ma ochotę przetrwać. Dlaczego? Dlatego, że w tym łańcuchu pożywienia ma pan po drodze: wyrąbaną tropikalną puszczę, założoną na tym miejscu plantację soi, soja przerabiana jest na mączkę sojową, mączka sojowa na paszę dla zwierząt, dla krów i dla trzody a w końcu na mięso dla człowieka. Będziemy musieli absolutnie ominąć ten łańcuch mięsożernych smakoszy. Idą czasy, w których sprawdzona, kontrolowana żywność ekologiczna będzie luksusem życia bogatych ludzi.

Polscy ziemianie, którzy mieli do dyspozycji tysiące hektarów ziemi uprawiali na swoich polach remizy przyrodnicze. Można by w tym pakiecie Brukselskim doskonale wprowadzić, wkomponować finansowanie i premiowanie tych, którzy będą zakładać remizy.

A.K.: Jak Chłapowski w Turwi..

A.Z.: No widzi Pan. Pan to wie, a ilu takich wie?

A.K.: My sami mamy taką remizę na wsi, w Kosieradach. Mamy ałyczę posadzoną w dwóch rzędach. A co tam się nie dzieje na wiosnę!!

A.Z.: No widzi Pan! (...). Zacząłem pisać o karmieniu ptaków w zimie i otworzyłem taką zakładkę Ptasie Ekoradio. Kochany! Dziesiątki listów, fotografie! Oni mnie nie oszukują, bo na przykład ktoś mi pokazuje kruka, który siedzi u niego na skraju okna i czeka na następny kęs. Pokazują – gdzieś w Małopolsce – restaurację dla ptaków. Dziewięcioletni chłopak z tatusiem zbudowali taką całą restaurację, do której dziesiątki ptaków przylatuje!

A.K.: Pamiętam takie prognozy pogody w telewizji. Może by Pan to ocenił? W upalne lato zapowiada spiker, że następne dwa tygodnie będą bezdeszczowe, słoneczne, upalne – to nie jest pogoda dla wszystkich, dla rolnika, który ma na polu już wyschnięte buraki...

A.Z.: Jeżeli o dzisiejszym dziennikarstwie mówimy. Nie wiem skąd to się bierze (to samo było w PRL-u) – ponieważ znaczna część dziennikarzy nie pochodzi ze wsi a pochodzi – nazwijmy to, z proletariatu miejskiego bardziej. Prawda?

Oni mają absolutną pogardę dla wsi. Mało tego, moje obserwacje są takie, że są wśród dziennikarzy i nie tylko wśród dziennikarzy są tacy, którzy z taką abonimacją wspominają swoje trudne, nędzne lata dzieciństwa, że odrzucają to w niepamięć. Nie dziwię się.
Niedawno byłem na święcie niezapominajki w tym Pcimiu – nota bene - luksusowe miasteczko, no niesłychanie ciekawe. I przysiada się do mnie Pan.
„Dzień dobry Panu”, „Dzień dobry Panu”. „Cieszę się, że Pana poznałem. Chcę Panu coś powiedzieć”. „Ja mam dziewięćdziesiąty pierwszy rok życia”. Odpowiadam: To cudownie. Do stu już niedaleko. „Ale Pan wie – że ja urodziłem się w kurnej chacie”. (...). W tej chacie żyły całe pokolenia chłopów. Ja pytam się go: „Kochany, jak było w zimie?” „Ogrzewaliśmy się zwierzętami”...

A.K.: Wspominanie rocznic... Najczęściej w Pana programach wymieniane są dwie Puszcze: Kozienicka, Świętokrzyska – to rozumiem, a dlaczego dolina Neru i Wartkowice?

A.Z.: Mieszka tam fantastyczny facet. Nazywa się Cyganiak, który był przez wiele lat korespondentem Agrometeorlogicznego Wydziału Instytutu Metorologii, który władza ludowa.. już nie ludowa, tylko ta nasza wolna w 1990-tym roku zlikwidowała jako niepotrzebny, ale On w tym swoim ukochaniu przyrody tkwi po uszy. Ma jeże, które przychodzą na mleczko do niego do domu. Ma karmiki dla ptaków. Z lornetkami idzie nad Zalew Sieradzki i śledzi tam.. - stąd wziął się Ner, Wartkowice.

Tak na zakończenie. Mam swój udział w emitowanych obecnie w Jedynce przed 12-tą krótkich, rocznicowych felietonach dotyczących 1939 roku. Dostarczam autorom swoją wiedzę o tamtych czasach. Na przykład będę chciał, jako świadek, opisać 3 maja 1939 roku. Wielkie obchody, bardzo napięta atmosfera, dużo flag, ale nie oto chodzi...
Tor hippiczny w Łazienkach. Otóż przed wojną, w Łazienkach, był jeden z najpiękniejszych torów hipicznych w Europie! I trzeciego maja, rozpoczynał się sezon konkursów jeździeckich.
Na otwarcie, przyjeżdżał w żakiecie, Pan Prezydent Mościcki. Po lewej stronie cywilny w smokingu sekretarz, po prawej stronie mundurowy major Wojska Polskiego. Cała trybuna - gala, kapelusze, meloniki, długie suknie!
Co się działo w 1939-roku? Już było to napięcie. I teraz jeżeli na parkur wjeżdżał jeździec w mundurze - oficer ułanów, szwoleżerów, czy artylerii konnej - to r y k oklasków na całym otoczeniu tych trybun.
No i śpiewali tę piosenkę – harcerską piosenkę.
„Barwny ich strój, amaranty zapięte pod szyją.
O Boże mój, jak to Polscy ułani biją.”
I Pan Prezydent stawał ... i kiwał...
Kochany mój...

Wywiad przeprowadził Aleksander Kosieradzki - student
Wyższej Szkoły Komunikowania i Mediów Społecznych
im. J. Giedroycia w Warszawie

 
Osoby zainteresowane tematyką wywiadu prosimy o kontakt i wypowiedzi, które zamieścimy na łamach Rolniczego Magazynu Elektronicznego.




strona główna biblioteki poprzednia strona      następna strona spis treści    redakcja


 © Centralna Biblioteka Rolnicza, Warszawa 2009