drug rehab Tampa
piątek, 21 wrzesień 2018 10:04

Domowi uzdrowiciele, znachorzy, zielarze - ich znaczenie dla mieszkańców dawnej wsi polskiej

Pomimo przełomu jaki nastąpił w polskiej medycynie w 2. połowie XVIII wieku mieszkańcy wsi, z różnych przyczyn, bardzo rzadko korzystali z fachowej opieki medycznej. Swoje zdrowie oddawali w ręce domowych uzdrowicieli, znachorów i zielarzy.

uzd01

Postęp w dziedzinie nauk medycznych jaki miał miejsce w 2. połowie XVIII wieku nie był zauważalny na wsi, gdzie tamtejsza ludność nadal korzystała w usług domowych uzdrowicieli. Istniało wiele miejscowości, w których nigdy nie widziano lekarza innego niż balwierz lub cyrulik. Wykształceni medycy zazwyczaj rezydowali w miastach. Dla wielu mieszkańców wsi były to odległości bardzo trudne, czasami wręcz niemożliwe do pokonania. Przeszkodą w korzystaniu z fachowej pomocy medycznej były przede wszystkim koszty leczenia, często zbyt wysokie dla ubogich czy nawet średniozamożnych rodzin chłopskich. Znaczącą rolę odgrywały również głęboko zakorzenione nawyki i przesądy.

Dlatego jeszcze na przełomie XIX i XX wieku funkcjonował na wsi tradycyjny system leczniczy. Powszechne było powiedzenie, że chłop sam jest sobie lekarzem. W przypadku problemów zdrowotnych korzystano z domowych leków, których receptury pozyskiwano w drodze codziennej, domowej edukacji. Gdy te zawiodły zwracano się o pomoc do lokalnych specjalistów.

Leczeniem, a przede wszystkim usuwaniem bolących zębów zajmowali się kowale. Do ich wyrywania używali żelaznych (często już zardzewiałych) kluczy, obcęgów i dźwigni.

Specjalistą w dziedzinie położnictwa oraz w leczeniu chorób była tzw. babka, zazwyczaj doświadczona zielarka, która własnoręcznie sporządzała specyfiki na różnego rodzaju dolegliwości, stawiała bańki i robiła lewatywy. Jej klientkami były zazwyczaj dziewczęta wiejskie i młode mężatki, które przychodziły po pomoc w tzw. kobiecych sprawach. Babka potrafiła również zażegnać, zamówić niektóre choroby, odczynić urok.

Kiedy pomoc babki okazywała się nieskuteczna udawano się do znachora. Leczył on zazwyczaj choroby wewnętrzne. Jego wiedza i umiejętności pochodziły z przekazów rodzinnych, bowiem zawód ten był często dziedziczony i przechodził z ojca na syna. Znachor potrafił postawić diagnozę opierając się na analizie moczu, włosów, paznokci  i części garderoby chorego. Przepisywał swoim pacjentom maści, wykonywane samodzielnie plastry oraz własnoręcznie zebrane zioła, a niekiedy także proste leki apteczne. Umiał puścić krew, postawić bańki, przykładał pijawki oraz podobnie jak babka, zażegnywał, zamawiał choroby i odczyniał uroki, zawsze modląc się do Boga i wszystkich świętych, wspierając się ich nadprzyrodzoną mocą.

W szczególnie trudnych przypadkach, często zagrażających życiu wzywano na pomoc guślarza zamawiacza – człowieka obdarzonego nadprzyrodzoną wiedzą i mocą. Na Podlasiu ludzi takich nazywano szeptuchami, ponieważ formuły swoich tajemnych zaklęć wymawiali szeptem, by nikt postronny ich nie usłyszał. W tym przypadku leczenie odbywało się w atmosferze tajemnicy i magii.

Innym wysoko postawionym w hierarchii lekarzem-specjalistą wiejskim był owczarz, baca, wprawny zwłaszcza w sprawach ortopedycznych – złamaniach i zwichnięciach rąk i nóg, oraz w leczeniu powierzonej jego opiece trzody. Był specjalistą w zakresie roślin leczniczych, znał nadzwyczajne środki i skuteczne zaklęcia. Pełnił jednocześnie rolę chirurga, znachora i czarodzieja, którego moc miała pochodzić z zaświatów, nawet od duchów nieczystych, a czasem i od samego diabła. Jeśli więc owczarz wyrzekał się Boga i stawał wspólnikiem diabła, mógł jego mocą, skutecznie pomagać ludziom w potrzebie, ale i zadać najcięższą chorobę, spowodować śmierć czy rzucić najbardziej dotkliwy urok.  Pomimo szerokich kompetencji z usług tego specjalisty korzystano bardzo rzadko i tylko w specjalnych, bardzo trudnych, a nawet beznadziejnych przypadkach. Warto jednak nadmienić, że nie wszyscy owczarze byli gotowi iść na układ z diabłem. Niektórzy, wręcz przeciwnie, wykonując swoją posługę korzystali z pomocy boskiej, modląc się do Boga i kreśląc znak krzyża nad chorym.

Również czarownicy i czarownice leczyli i zamawiali choroby, jak inni uzdrowiciele w imię Boże i z Boską pomocą. Według średniowiecznych poglądów utrwalonych w wierzeniach ludowych czarownice, cioty, wiedźmy i guślice to istoty półdemoniczne, kobiety mające układy z diabłem, zawarte podczas zlotów czarownic odbywających się na bagnach, uroczyskach, górach i pagórkach i nagich wierzchołkach, zwanych Łysicami, Łysymi, Babimi lub Baranimi Górami. Czarownice udawały się w te miejsca w noc nowiu, w pierwszy czwartek (kwadrę) po nowiu, w majowe noce przy pełni księżyca lub przeciwnie w bezksiężycowe noce tzw. pustkowe lub próżnie, w wigilie różnych świąt kościelnych, w noc świętojańską, lecąc w powietrzu na czarnych koniach, miotłach, czarnych kogutach, łopatach lub stępach, wykrzykując zaklęcie: płot – nie płot, wieś – nie wieś, nieś mnie biesie nieś!!! Lot był możliwy dzięki specjalnej maści zrobionej z tłuszczu wytopionego ze zwłok niemowlęcia. Obecny  na Łysej Górze diabeł przybierał postać czarnego kozła, barana, wilka, wielkiego kota czy pięknego młodzieńca.

W nagrodę za zawarcie paktu z diabłem czarownice otrzymywały moc, pozwalającą na posługiwanie się rozmaitymi technikami magicznymi i zaklęciami, które mogły wywierać wpływ na ludzi, zwierzęta, rośliny, rzeczy i zjawiska przyrodnicze. Przy pomocy magicznych sztuczek potrafiły więc spowodować pożar, suszę, zalanie, zadawać ludziom ból, przywoływać choroby, a nawet doprowadzić do śmierci. Wiedziały jak zapobiegać ciąży, dzięki czemu, za odpowiednim wynagrodzeniem służyły pomocą kobietom, które nie prowadziły się zbyt cnotliwie. Znały środki zarówno na płodność, jak i bezpłodność oraz różnego rodzaju afrodyzjaki zapewniające powodzenie w miłości. Potrafiły też wykrywać sprawców przestępstw lub ich wspomagać. Najczęściej jednak nie były przychylne ludziom, wyrządzały szkody, niszczyły mienie, sprowadzały choroby i klęski żywiołowe.

W średniowieczu wiara w czary, czarowników i czarownice została utwierdzona przez Kościół, który kontakty z diabłem i czary uznawał za fakt rzeczywisty oraz najcięższy grzech i zbrodnię przeciwko Bogu i ludziom. Pogląd ten znalazł odbicie zarówno w obowiązujących ustawach kościelnych, jak i w prawie świeckim brandenburskim. W 1484 roku papież Innocenty VIII wydał słynną bullę pt.: „Summis desiderantes affectibus”, w której opowiadał się przeciwko czarom i czarownicom. Wywołała ona wielką falę fanatyzmu, doprowadziła do wielu barbarzyńskich procesów o czary i wyroków śmierci (przez spalenie żywcem na stosie), które od XIII do XVIII wieku przetoczyły się przez kraje chrześcijańskie, w tym Polskę.

Procesy i represje wzmogły się jeszcze w momencie wydania w 1486 roku dzieła opracowanego przez Henryka Institora i Jakuba Sprengera pt.: „Malleus maleficarum”, które było pewnego rodzaju instruktarzem w zakresie prowadzenia przesłuchań i stosowania tortur. Polski przekład tej publikacji pt.: „Młot na czarownice” ukazał się w Krakowie w 1614 roku.

Procesy o czary nie zawsze kończyły się wyrokiem skazującym. Niekiedy oskarżone zobowiązywały się do poniesienia stosownej pokuty, zadośćuczynienia i złożenia przysięgi w kościele o zaprzestaniu niecnych praktyk. W Polsce pierwszą skazaną na śmierć czarownicę spalono na stosie w 1544 roku w Waliszewie, niedaleko Poznania. W XVI i XVII wieku procesy czarownic ograniczały się właściwie do Wielkopolski i Pomorza. Z czasem rozprzestrzeniły się również w innych dzielnicach naszego kraju. O praktykowanie czarów były posądzane zazwyczaj kobiety ubogie (zielarki, znachorki, mądre baby), które właściwie nie miały szans na jakąkolwiek obronę, nie mogły więc raczej liczyć na ułaskawienie czy złagodzenie wyroku. W przypadku kobiet majętnych częściej dochodziło do uwolnienia od stawianych zarzutów.

Pomimo głosów krytyki przeciwko samowoli sądów i okrucieństwu procesów, jakie pojawiły się w Polsce już w XVII wieku proceder ten trwał do 1776 roku, kiedy to na wniosek Wojciecha Kluszewskiego, kasztelana bieckiego, uchwałą sejmową wprowadzono zakaz stosowania tortur w dochodzeniu sądowym, a karę śmierci za czary zniesiono na zawsze. Jednak wiara  w nadziemskie umiejętności i kontakty z siłami nieczystymi była żywa wśród ludu jeszcze w XX wieku. Respekt wobec czarownic i wiara w skuteczność ich praktyk, w tym leczniczych, nierzadko przeradzały się w paniczny strach, nienawiść i niepohamowaną chęć zemsty. Obarczano je również odpowiedzialnością za spotykające ludzi nieszczęścia, niepowodzenia i klęski. Z tego powodu niejednokrotnie dochodziło do samosądów i okrutnych egzekucji.

Za przedstawicieli tradycyjnej medycyny ludowej można uznać przyuczonych felczerów i sanitariuszy wojskowych, którzy obowiązkowo wcieleni do wojska pozyskiwali tam pewne przeszkolenie medycznie oraz odbywali praktykę w lazaretach. Po powrocie z frontu wykorzystywali zdobyte umiejętności lecząc      okoliczną ludność. W swojej praktyce łączyli znane z dzieciństwa tradycyjne metody lecznicze i leki oraz pewne elementy medycyny profesjonalnej.

Tekst: Joanna Szymańska-Radziewicz

Oprac.graf. Paulina Szymańska

Na podstawie książki Barbary Ogrodowskiej „Medycyna tradycyjna w Polsce”. Warszawa : Sport i Turystyka - Muza SA, 2012.

 

 

Czytany 355 razy