Rolniczy Magazyn Elektroniczny
Zapraszamy do lektury nowego numeru dwumiesięcznika – „Rolniczy Magazyn Elektroniczny”
Pokoje Na Skarpie
Rolnicza Biblioteka Cyfrowa
Zapraszamy do lektury!
czwartek, 19 wrzesień 2019 11:01

80. rocznica wybuchu II wojny światowej - XV część

Wrzesień 1939 roku w pamiętnikach chłopskich

 

W tym roku mija 80. rocznica wybuchu II wojny światowej. Bogactwo pamiętników, zwłaszcza napisanych przez mieszkańców wsi, zgromadzonych w Centralnej Bibliotece Rolniczej skłoniło nas do uczczenia tej rocznicy poprzez publikacje, w odcinkach, fragmentów pamiętników opisujących wybuch wojny i pierwsze miesiące jej trwania.

 

Pamiętniki od dawna mają wielki urok i są wysoko cenione przez czytelników i historyków. Dają możliwość niemal bezpośredniego obcowania duchowego z ludźmi, poznawania ich myśli i opinii, a także zwierzeń o nich samych. Pozwalają czytelnikowi nie tylko poznać przeszłość, ale także wczuć się w wydarzenia opisywane przez naocznych świadków. W kolejnym odcinku publikujemy fragment pamiętnika Eugeniusza Parola “Dola jeńca wojennego” zamieszczonego w cyklu Wspomnienia chłopów z lat 1939-1945, tom Niewolniczy chleb, wydawnictwo Książka i Wiedza, 1969.

 

 

Eugeniusz Parol

Dola jeńca wojennego

We wrześniu roku 1939 nasz rocznik po odbyciu obowiązkowej służby wojskowej miał być zwolniony do cywila. Ja znajdowałem się w plutonie specjalnym, zwanym „spec”. W czasie czynnej służby przeszedłem kurs kierowców i zdobyłem prawo jazdy na samochody ciężarowe, osobowe i motocykle. Przed ogłoszeniem mobilizacji byłem kierowcą łazika pozostającego w dyspozycji kapitana Kotowicza.

W pierwszej połowie sierpnia 1939 roku cały nasz batalion przeniesiono do Bydgoszczy. Wtedy już nie czekałem, że zostanę zdemobilizowany. Spodziewałem się raczej pójścia na front. W Bydgoszczy przebywaliśmy tylko kilka dni, by znów wyjechać dalej na północ, aż pod Gdańsk. Tam zostaliśmy zakwaterowani w wiosce oddalonej pięć kilometrów od granicy. Pluton „spec” miał oddzielne kwatery. Samochody i motocykle zamaskowaliśmy w krzakach i sadach, a sami przebywaliśmy po chłopskich stodołach. W ostatnią noc sierpnia, gdy spaliśmy już mocno, do stodoły wszedł kapitan Kotowicz i zawołał mnie po imieniu i nazwisku. Dostałem rozkaz natychmiastowego zameldowania się wraz ze swoim łazikiem u majora Gablego, dowódcy batalionu.

Rankiem pierwszego września nasz pluton wyruszył kolumną. Ujechaliśmy może ze trzy kilometry, gdy zatrzymano nas na skraju jakiejś wsi. Oficerowie wysiedli z samochodów i zebrawszy się na uboczu w grupkę wokół majora, radzili. Po ich zachowaniu widać było, że wydarzyło się coś ważnego. W pewnej chwili porucznik Majchrowski podszedł do grupki kierowców i powiedział:

— No, chłopcy, mamy już wojnę. Niemcy po bandycku uderzyli na nasz kraj.

Chociaż byliśmy przygotowani na taką wiadomość, słowa porucznika wstrząsnęły nami. Potrzebowaliśmy dobrej chwili, aby sobie uświadomić doniosłość informacji. Ale nastrój był prawie optymistyczny. Posypały się żarty:

— Szykuj się, bracie, niedługo będziemy mieć defiladę w Berlinie.

— Pokażemy Niemcom, gdzie raki zimują!

I jeszcze inne docinki i kpinki pod adresem wroga. Porucznik odszedł do swojej oficerskiej grupy, a my na najrozmaitsze sposoby „rozgrywaliśmy” przebieg wojny. Wszyscy byliśmy zdania, że Niemcy muszą ją przegrać w krótkim czasie. Martwiło nas to tylko, że są lepiej od nas zmotoryzowani i mają dobre uzbrojenie. Ale pocieszaliśmy się, że Anglicy i Francuzi nam pomogą.

Całej tej naszej paplaninie przysłuchiwał się jakiś starszy chłop, wsparty o przydrożny płot.

— Panowie — mówił — z Niemcami nie taka prosta sprawa. Ja ich znam. Chodzę tam do nich co rok do roboty i niejedno widziałem. Jak nastał ten ich Hitler, to Niemcy powariowali. Dali mu się tak otumanić, że pójdą za nim wszędzie. Przeważnie ci młodzi... Daj Boże, by ta wojna szybko się skończyła. Ale mówię wam, że szwaby długo wytrzymają, zanim ich rozbijecie.

Dziadek skończył, a nam zrobiło się jakoś nieswojo. Wierzyć się po prostu nie chciało, że jest wojna. Dzień był pogodny, prawie letni. Dzieci powinny rozpoczynać lekcje w szkołach, rolnicy pracować spokojnie w polu, a robotnicy w fabrykach. Tymczasem jest jednak wojna. Nie znamy jeszcze jej smaku, nie widzimy jeszcze jej ofiar, czujemy jednak jakąś grozę. Po południu z majorem i kapitanem Sadowskim odjechałem do plutonu. Major trzymał się sztabu. Żal mi było rozstawać się z przyjaciółmi, rozkaz jest jednak rozkazem. Przed wieczorem spotkałem znów swoich. Koledzy byli w dobrych nastrojach.

Przez cały następny dzień jeździłem w różne strony z oficerami. Wieczorem ruszyliśmy na południe. Jeden z samochodów w przodzie kolumny najechał na minę i wyleciał w powietrze. Skutki dywersji! Omijamy go i jedziemy dalej. Nad ranem znaleźliśmy się w okolicach Świecia. Szosy są zatłoczone uciekinierami. Wybieramy jakąś boczną drogę. Z jednej strony mamy las, a z drugiej otwarte pole. Niespodziewanie pojawiły się eskadry niemieckich samolotów. Okopane niedaleko lasku działka przeciwlotnicze strzelają do nich. Samoloty zawracają i okrążają stanowiska działek, pikują i rzucają bomby. Na las, na pola, na szosę, na pobliskie zabudowania. Widać pożary. Bomby padają coraz bliżej nas. Działka milkną, jedno po drugim. Trafione bombami wylatują w powietrze wraz z obsługą. Samoloty atakują także karabinami maszynowymi. Kryjemy się za dużymi drzewami przy szosie lub w rowach.

Samoloty wreszcie odlatują. Wyłazimy z rowów i innych kryjówek. Widzimy pierwsze uderzenie śmierci. Łazik na szczęście nie został uszkodzony. Możemy jechać dalej. Ani oficerowie jadący ze mną, ani ja nie mamy hełmów. Nie wiem, czy zapomniano nam je wydać, czy może uważano, że będą nam niepotrzebne. Po dzisiejszym jednak bombardowaniu postanawiamy je zdobyć, obojętnie, w jaki sposób. „Łapiduchy” rozbiegają się po polu i lesie, zbierają rannych i zabitych.

Jedziemy dalej. Na piaszczystej drodze leży żołnierz, rozciągnięty jakby spał. Szara, popielata twarz tchnie śmiercią. Omijamy go. Nieco dalej leży kilku cywilów zabitych obok wozu. Chcieli ratować się ucieczką. Niestety, daleko nie odjechali. Bandycka ręka powietrznych piratów dosięgnęła ich i uśmierciła za jednym zamachem.

Wieczorem oficerowie dzielą się ze mną optymistycznymi wiadomościami:

— Polskie samoloty bombardują Berlin.

— Ataki wroga są odpierane na wszystkich frontach, a polskie jednostki wdarły się do Prus Wschodnich.

— Z gardzieli pomorskiej cofamy się tylko dlatego, by nie dać się odciąć od głównych sił.

Następne dni wojny były dla mnie coraz mniej zrozumiałe. Cofaliśmy się nadal w kierunku Bydgoszczy. Mój macierzysty batalion zawieruszył się gdzieś. Nawet kapitan Sadowski nie wiedział, gdzie go szukać; szosy przepełnione uciekinierami. Chcąc przejechać gdzieś szybciej, korzystaliśmy z bocznych dróg. Przeważnie były to gościńce złe i piaszczyste. Miały jednak ten plus, że nie bombardowano ich tak silnie, jak drogi główne.

Wrogów mieliśmy wszędzie. Nie tylko na rwącym się froncie. Już od pierwszego dnia wojny dywersja niemiecka rozpoczęła swą skrytobójczą akcję. Skądś, z jakichś pagórków, z zamaskowanych kryjówek, ostrzeliwano nasze oddziały nawet w biały dzień. Z daleka od frontu wiele naszych samochodów wylatywało w powietrze od dywersyjnych min na drogach.

Przejeżdżając przez Bydgoszcz, zobaczyliśmy pustkę i zniszczenie. Nie widać prawie ludności. Porozbijane sklepy. Na ulicach pełno szkła. Wczoraj odbyła się tu walka z dywersją niemiecką. Za Bydgoszczą przy toruńskiej szosie zatrzymujemy się. Oddziały saperskie wysadzają mosty. Podminowany i zerwany zostaje też most w Fordonie. Potem cofamy się do Torunia. Wieści z frontu są wciąż gorsze. Niemieckie samoloty coraz bezczelniej i bezkarniej nas atakują. Od samego świtu do wieczora nie możemy się poruszać po szosach. Jedynie w nocy jest spokojniej.

W Toruniu uzupełniłem benzynę i oleje. Nabrałem także kilka kanistrów na zapas. Jak się potem okazało, było to moje ostatnie uzupełnienie. Kapitan Sadowski ma przeprowadzić akcję zerwania mostu. Poprzednio był zerwany, ale tak upadł w wodę, że pieszo można jeszcze po nim przechodzić. Teraz założono materiał wybuchowy w ten sposób, by ściąć most przy filarach. Ponieważ dużo wojska idzie jeszcze tamtędy, czekamy z zerwaniem do chwili, aż wszystkie oddziały znajdą się po naszej stronie. Potem wspaniały most został podcięty i runął do Wisły. Kapitan sprawdza skutki eksplozji. Teraz jest już dobrze.

Podjeżdżamy pod dworzec. Też trzeba go zniszczyć. Złość nas bierze na tę robotę, bo to przecież nasz majątek narodowy. Cóż jednak na to poradzimy! Takie jest prawo wojny.

Zapada noc. Głucho i dziko dudnią nasze kroki w budynkach dworcowych. Pozostawiamy rozbebeszony dworzec toruński i odjeżdżamy do Włocławka. Osiągamy go późną nocą, zmęczeni i głodni. Pozostawiam łazika w jakimś zaułku i wraz z innymi idę spać do opuszczonego domu. Zakopuję się w pierzynę i śpię aż do rana. Pierwszy to i ostatni raz udało mi się tak spędzić noc w ciągu całej wojny. Spałem tak mocno, że nie słyszałem, jak w nocy wysadzono most na Wiśle.

We Włocławku było dużo wojska. Kilka kilometrów za Włocławkiem znajdowały się jakieś oddziały saperskie, którym nasz kapitan miał dostarczyć rozkazy. Szosa w tamtym kierunku na przestrzeni kilkuset metrów jest odkryta od strony Wisły. Ten odcinek Niemcy ostrzeliwali z broni maszynowej. Przejeżdżając go, naciskałem pedał gazu do oporu. Udało mi się minąć z kapitanem to niebezpieczne miejsce kilka razy w ciągu dnia, nie odnosząc szkody. Kierowcy jadącemu za mną nie służyło jednak szczęście, poniósł śmierć na miejscu. Oficer jednak ocalał. Nie tracąc zimnej krwi, błyskawicznie odsunął zabitego, sam zajął miejsce za kierownicą i jakoś przyjechał do miasta.

Wieczorem Niemcy rozpoczęli ostrzeliwanie Włocławka z armat. Trafiony został budynek, w którym znajdował się sztab. Ofiar w ludziach na szczęście nie było. Gdy ogień artyleryjski nasilał się, sztab rozpoczął ewakuację w stronę Kutna.

Jechałem ze sztabem. Z rozmowy oficerów wywnioskowałem, że sytuacja jest zła, że Niemcy są pod Warszawą. Warszawa się broni, ale nasze armie nie mogą jej przyjść z pomocą. Niemcy chcą nas zamknąć w kotle i zniszczyć. Jeżeli naszym wojskom nie uda się wydobyć z okrążenia i wycofać do stolicy, los nasz będzie przesądzony. Na Anglię i Francję nie mamy co liczyć. Chociaż wypowiedziały wojnę Niemcom, nadal walczymy tylko sami. Naczelne dowództwo i rząd opuściły Warszawę. Frontu właściwie już nie ma. Mimo wszystko będziemy walczyć. Może uda się nam przebić w kierunku stolicy i wziąć udział w jej obronie. W kotle znajdują się duże siły polskie i przy dobrej i sprężystej organizacji, przy mądrym dowodzeniu — powinniśmy się przedrzeć. Prawdę mówiąc, nie spodziewałem się, że jest aż tak źle. Kapitan klął na naczelne dowództwo.

Czytany 416 razy

Dodatkowe informacje