Rolniczy Magazyn Elektroniczny
Zapraszamy do lektury nowego numeru dwumiesięcznika – „Rolniczy Magazyn Elektroniczny”
Pokoje Na Skarpie
Rolnicza Biblioteka Cyfrowa
Zapraszamy do lektury!
środa, 11 wrzesień 2019 09:23

80. rocznica wybuchu II wojny światowej - IX część

Wrzesień 1939 roku w pamiętnikach chłopskich

 

W tym roku mija 80. rocznica wybuchu II wojny światowej. Bogactwo pamiętników, zwłaszcza napisanych przez mieszkańców wsi, zgromadzonych w Centralnej Bibliotece Rolniczej skłoniło nas do uczczenia tej rocznicy poprzez publikacje, w odcinkach, fragmentów pamiętników opisujących wybuch wojny i pierwsze miesiące jej trwania.

 

Pamiętniki od dawna mają wielki urok i są wysoko cenione przez czytelników i historyków. Dają możliwość niemal bezpośredniego obcowania duchowego z ludźmi, poznawania ich myśli i opinii, a także zwierzeń o nich samych. Pozwalają czytelnikowi nie tylko poznać przeszłość, ale także wczuć się w wydarzenia opisywane przez naocznych świadków. W kolejnym odcinku publikujemy fragment pamiętnika Romana Bogusza “Niewolnicy XX wieku” zamieszczonego w cyklu Wspomnienia chłopów z lat 1939-1945, tom Gotuj broń, wydawnictwo Książka i Wiedza, 1969.

 

 

Roman Bogusz

Niewolnicy XX wieku

Rok 1939 zastał mnie w wojsku. Z początkiem sierpnia wyjeżdżaliśmy z Pleszewa w województwie poznańskim. Pociąg z żołnierzami i sprzętem żegnała serdecznie miejscowa ludność, a orkiestra wojskowa zagrała pięknie na odjezdnym.

Wkrótce przyjechaliśmy do Gniezna, które mieliśmy strzec przed nalotami. Kiedy jednak 1 września o godzinie siódmej z minutami przyleciał nad miasto niemiecki samolot wywiadowczy, myśmy myśleli, że polski.

Po pół godzinie rozpoczęło się bombardowanie. Był to początek drugiej wojny światowej.

W dniu 4 września dostaliśmy rozkaz opuszczenia Gniezna. Pojechaliśmy konno aż do Kutna. Zadaniem naszym było obstawić dworzec kutnowski, gdyż znajdował się tam transport z bronią i umundurowaniem dla wojska. Było również wiele ludności cywilnej.

8 września na noc opuściliśmy Kutno. Gdy się zaczęło rozwidniać, dotarliśmy do jakiejś dużej wsi, gdzie zaopatrzyliśmy się w sklepie w jedzenie, nasza kuchnia bowiem gdzieś ugrzęzła podczas nalotu. Następny odpoczynek mieliśmy w lesie. Kuchni nadal nie było, więc zjedliśmy, co kto miał.

Gdyśmy znaleźli się w Kiernozi, samoloty niemieckie zbombardowały nasze pozycje. Rozpoczęły się walki. Było sporo rannych.

14 czy 16 września — już nie pamiętam — dwie moje drużyny wyruszyły razem z batalionem na front. Mieliśmy osiem skrzynek amunicji — niewiele tego. A rezerw nie było.

Wozy sanitarne woziły coraz to nowych rannych, około godziny drugiej zaś Niemcy zbombardowali szpital połowy. Była straszliwa masakra. Z nalotu uratowałem jeden karabin maszynowy i dwie skrzynki amunicji. Ludzi zostało mi tylko sześciu. Wszyscy głodni, ale chcieliśmy żyć i walczyć. W dniu 17 września doszło do tego, że ja i koledzy napiliśmy się krwi naszych rannych koni. Nie można już było wytrzymać głodu. Niedługo potem otoczyli nas Niemcy. Jeden z naszych oficerów powiedział wtedy:

— Żołnierze, jedyna droga — to przez Warszawę wycofać się na Rumunię i tam tworzyć legion polski.

Był nas już wtedy niecały batalion. Ja — jak już wspomniałem — miałem karabin maszynowy i dwie skrzynki amunicji, a koledzy jeszcze dwa cekaemy, tylko mniej nabojów, wszyscy — karabiny ręczne i kilka granatów.

Na komendę ruszamy. A kiszki znów marsza grają z głodu. Więc kiedy szliśmy, zerwało się kilka jabłek z drzewa, wyrwało się marchwi i brukwi.

Szliśmy i szliśmy. Przeważnie lasami. Aż napotkaliśmy pierwszą linię obrony Warszawy. Byli tam starzy żołnierze. Leżeli jeden przy drugim, wszyscy zmęczeni głodem. Ani jeden nie spytał, dokąd idziemy. Mieli karabiny starego typu. Oj, smutne to było i dla mnie!

Szliśmy dalej, widzieliśmy rannych. Pióro tego nie opisze, na jakie okropności patrzyliśmy. 22 września dotarliśmy do Wisły. Nocą rozpoczęliśmy przeprawę.

Konie niechętnie poszły wpław. Mój Kasztan szedł dziewiąty. Już byliśmy może w połowie Wisły, aż tu nagle seria ognia do nas z karabinu maszynowego. Dowódca dał rozkaz zawracać. A że woda zawsze spycha wszystko na ukos, więc i nas zepchnęła. Tylko że Niemcy niegłupi i prażyli ogniem też na ukos. Dostrzegam, że nas coraz mniej w tej ciemności. Potem koń mój natrafił na wir, minął go bokiem i dostał się w trzcinę. Wtedy poczułem, że zaczyna mi się przechylać w lewo. Wyciągnąłem nogi ze strzemion. Koń przepłynął jeszcze parę metrów, przechylił się po raz ostatni i poszedł pod wodę.

Zostałem sam, chwytam się trzciny i tak płynę jak żaba. Woda tu nie taka bieżna, jak na środku rzeki, jednak pot mi oczy zalewa, a jednocześnie słabo mi z zimna, ręce pieką od trzciny i krwawią. Jeszcze metr, może dwa. Jest gałązka, chwytam się jej, lecz idę do dna. Już, już koniec ze mną! Ostatnim wysiłkiem przepłynąłem jakieś osiemnaście do dwudziestu metrów, dotknąłem czegoś twardego, objąłem rękoma...

To był jakiś pień. Uchwyciłem się go i tak odpoczywałem chyba z godzinę. Potem rozejrzałem się, w którym kierunku mam płynąć do brzegu. A tu las szumi. Było jakieś dziewięć metrów do przebycia. Ruszyłem dalej. Wiedziałem już teraz, gdzie. Płynę jak kaczka w szlamie. Potem próbuję iść, lecz grzęznę. Jeszcze za głęboko...

No to pół godziny odpoczynku znów na innym pniu. Wywalam błoto z rękawów munduru, jestem nim cały zawalany. Ruszam dalej. Jeszcze trochę — i osiągam stały grunt. Dostaję się w głębszy las.

Tam najpierw położyłem się na ziemi i nasłuchiwałem, czy nie ma niebezpieczeństwa. Potem zdjąłem buty, spodnie — no, wszystko. Próbowałem to jakoś oczyścić. Wreszcie wciągnąłem jedno po drugim, mokre, na siebie. A w buty włożyłem trochę mchu, bo nogi się w nich ślizgały. Oj, zimno, brr, brr! Co teraz będzie ze mną, biednym, dalej? Znów nasłuchuję, czy nie dochodzą skądś jakieś rozmowy, czy kto z kolegów nie ocalił się jak ja z wody Wisły, czy nie woła któryś z nich pomocy. Ale wszędzie cicho. Od czasu do czasu pocisk armatni przeleci i upada w wodę lub w las.

Ruszyłem. Posuwam się krok za krokiem. Chowam się za sosny, żeby czasem nie dostać kulą w głowę. Nagle widzę jakiś cień. Więc stanąłem. Tamten też stoi. W końcu odezwałem się. Pytam, kto. Myślałem, że może któryś z moich kolegów. Ale on odzywa się po niemiecku:

— Jestem ranny. Dopomóż, rany opatrz...

Teraz pytam śmiało, czy nie ma czasem broni. A on mówi, że nie. Jest ranny w nogę, łopatkę ma przestrzeloną i dłoń prawą też.

Przysunąłem się bliżej do tego Niemca. Wtedy wyciągnął do mnie rękę. Tak się ze mną przywitał. Był to chłop większy ode mnie, a pochodził z Hamburga. Mówił, że już teraz nie jesteśmy wrogami, bo on jest ranny i bez broni.

Opatrzyłem go, jak umiałem, rwąc koszulę na bandaże. Potem siedliśmy, a że miał suchary, więc dał mi trochę i zaczęliśmy jeść.

Tymczasem nadeszło pięciu żołnierzy Polaków.

— No, kolego — powiadają. — Co ty tu robisz sam z tym Niemcem?

Ja mówię, że wylazłem z wody i że chyba jedyny się uratowałem. A oni — że szło dwóch, ledwie żywi, też to im mówili. Doradzili, żeby wyjść na skraj lasu i że trzeba się będzie poddać. Ranny Niemiec podniósł się z ziemi z trudem. Trzymał się mnie jak dziecko matki.

Gdyśmy szli, przybyło nas więcej. Tak dotarliśmy na skraj lasu. Widać jakieś zabudowania. Nawet w jednym z domów dym leci z komina. Poszliśmy tam. Gospodyni dała nam chleb i mleko.

Podziękowałem.

A tu wpada jakaś sąsiadka i mówi, że się zbliża patrol niemiecki.

Tak dostałem się do niewoli. Zabrano mi brzytwę i nożyk. Odebrano zegarki, sygnety, jakie kto miał przy sobie. Otoczono nas strażą i tak trzymano. Dzień był piękny, więc moje mokre łachy parowały na mnie. W nocy zaczął padać deszcz i znów zmokłem. Przybywało nas, jeńców, coraz więcej. Jedni leżeli na ziemi, drudzy siedzieli, inni jeszcze stali. Jeden się pytał drugiego o kawałek chleba lub coś do palenia. Ale nie dano nam nawet wody, byśmy zaspokoili pragnienie. Za to stały w pogotowiu cztery karabiny maszynowe, skierowane na nas, taśmy z amunicją naciągnięte, przygotowane do strzału.

25 września wyprowadzono nas jak stado bydła na rzeź. Na sześć naszych czwórek szedł z boku jeden Niemiec z bronią maszynową. Kto wyskoczył po brukiew czy marchew, padał zabity na miejscu.

Koło nas szedł jakiś wachman, starszy był chłop i wyglądał łagodnie, więc się ośmieliłem i pytam, dokąd idziemy.

— Do Łowicza — powiada.

— Daleko to?

— Jeszcze osiem kilometrów.

Nogi się nam chwieją, przeszliśmy szmat drogi, chyba ze trzydzieści kilometrów zrobiliśmy. A co jutro z nami, jak jeść nam nie dadzą?

Pięty mam starte, w butach mokro, ze słabości pot wychodzi na czoło. A gdybym zemdlał, Niemcy dobiliby mnie jak wielu innych po drodze.

Zbliżamy się do Łowicza. Ludności mało, jakby wymarło wszystko. Wachmani gnają nas do koszar wojskowych. Tam spędziliśmy noc na dziedzińcu w zimnie i głodzie. Rano dali nam Niemcy do jedzenia solone śledzie, a potem nie było nic do picia. Na dziedzińcu koszarowym była sadzawka i moi koledzy czerpali z niej wodę, brudną i mętną. W niecałe trzy dni zachorowało dziewięciu i zmarło na tyfus w okropnych boleściach. Niemcy nie udzielili żadnej pomocy sanitarnej. Obserwowali tylko i filmowali wszystkich, jak brali tę wodę z kałuży.

W końcu ogłoszono, że dostaniemy coś do picia. I co się okazało? Dostaliśmy ciepłą wodę w kotłach po tych śledziach. Nikt nie miał garnuszka, a na każdego wypadło po dwa łyki owej śledziówki. Potem widłami rozrzucono między nas nakrojony chleb. Był stary i spleśniały na zielono.

W dniu 30 września po napojeniu nas znów słoną wodą zaczęto formować kolumny i pognano nas dalej. Szczęściem przedtem znalazłem w koszarach maszynkę do strzyżenia włosów i brzytwę. Pomyślałem, że będę strzygł włosy i golił brody, to na chleb co dnia zarobię u kolegów, co mają jeszcze po parę złotych.

Szliśmy i szliśmy, omijaliśmy wioski i miasteczka. W południe dano nam znów spleśniały chleb i filmowano, jak się do niego z głodu ciśniemy.

Nocowaliśmy w jakichś budynkach dworskich. Na drugi dzień dotarliśmy do Pabianic. Gdyśmy wchodzili do miasta, wzmocniono kordon, żeby który z nas nie uciekł. Ale myśmy nie byli zdolni do tego po takim marszu i wygłodzeniu.

W oknach kilka sztandarów hitlerowskich, ludzi na ulicy prawie nie widać, chyba wszyscy wymordowani. Znów nas filmują. Jedna miejscowa Niemka przyszła się nam przypatrzyć. Mówi nawet niezbyt płynnie po niemiecku, ale za to pluje na nas i wymyśla.

Skręcamy do jakiejś starej fabryki, gdzie maszyn nie ma. Jest tam już dużo kolegów-żołnierzy, dziś niewolników. Na podłodze słoma tak zaścielona, jak dla koni. Położyliśmy się na niej i śpimy jak borsuki. Kamień by zapłakał na nasz widok. Połowa wygląda we śnie na trupy.

Czytany 246 razy

Dodatkowe informacje