Rolniczy Magazyn Elektroniczny
Zapraszamy do lektury nowego numeru dwumiesięcznika – „Rolniczy Magazyn Elektroniczny”
Pokoje Na Skarpie
Rolnicza Biblioteka Cyfrowa
Zapraszamy do lektury!
czwartek, 05 wrzesień 2019 08:48

80. rocznica wybuchu II wojny światowej - V część

Wrzesień 1939 roku w pamiętnikach chłopskich

 

W tym roku mija 80. rocznica wybuchu II wojny światowej. Bogactwo pamiętników, zwłaszcza napisanych przez mieszkańców wsi, zgromadzonych w Centralnej Bibliotece Rolniczej skłoniło nas do uczczenia tej rocznicy poprzez publikacje, w odcinkach, fragmentów pamiętników opisujących wybuch wojny i pierwsze miesiące jej trwania.

 

Pamiętniki od dawna mają wielki urok i są wysoko cenione przez czytelników i historyków. Dają możliwość niemal bezpośredniego obcowania duchowego z ludźmi, poznawania ich myśli i opinii, a także zwierzeń o nich samych. Pozwalają czytelnikowi nie tylko poznać przeszłość, ale także wczuć się w wydarzenia opisywane przez naocznych świadków. W kolejnym odcinku publikujemy fragment pamiętnika Franciszka Pawelca “W drodze do Kowla” zamieszczonego w cyklu Wspomnienia chłopów z lat 1939-1945, tom Reduty wiejskie, wydawnictwo Książka i Wiedza, 1969.

 

 

Franciszek Pawelec

W drodze do Kowla

Dnia 27 sierpnia 1939 roku zostałem powołany do wojska, do IX DOK w Brześciu. W wyznaczonym dniu zgłosiłem się tam i zastałem straszny bałagan. Otrzymałem funkcję przyjmowania książeczek od zgłaszających się do wojska rezerwistów. 1 września zdołano wreszcie ich porozdzielać. Ja i osiemnastu innych zostaliśmy przydzieleni do Poczty Głównej. Spośród tej grupy tylko ja i sierżant Trochanowicz byliśmy podoficerami. Resztę stanowili młodsi i starsi oficerowie.

Tego dnia usłyszeliśmy przez radio, że Niemcy przekroczyli naszą granicę. Jakby na potwierdzenie tego dziesięć bombowców niemieckich nadleciało nad twierdzę w Brześciu.

Początkowo myśleliśmy, że to nasze samoloty patrolują gdyż nikt nie spodziewał się, że już w pierwszym dniu wojny Niemcy odważą się wtargnąć aż tak daleko. Samoloty były bardzo wysoko, gdy jednak lotnicy zauważyli, że z twierdzy nikt do nich nie strzela, zniżyli się i wówczas to zobaczyliśmy czarne krzyże na skrzydłach. W kilkakrotnym pikowaniu samoloty wyrzuciły ładunek bomb, zaś ludzie w panicznym strachu biegali w kółko, nie wiedząc, gdzie się skryć. Nalot trwał pół godziny. W rezultacie cztery osoby straciły życie. Tegoż dnia bombardowano również most na rzece Muchawiec. Niemcy chcieli też koniecznie zniszczyć tory kolejowe, ale to udało im się tylko w części. Jeden tor został wybuchem zerwany, ale drugim nadal jechały transporty.

Tak więc już pierwszego dnia wróg narobił popłochu i zniszczenia, a ludzie mówili:

— Gdzież nasze samoloty i uzbrojenie, o którym tyle się słyszało?

Wierzono jednak, że los się odmieni, i z tą nadzieją witano dzień następny.

2 września bardzo rano Niemcy znów powtórzyli swój nalot. Żołnierze nasi wytrzasnęli jednak skądś cztery armatki i tylko czekali, kiedy bombowce się zniżą. Po oddaniu salwy jeden z samolotów stanął w płomieniach, zaś drugi koziołkując spadł gdzieś na łąki koło Terespola. Na ten widok nowy duch wstąpił we mnie. Pomyślałem, że jeszcze nie jest tak źle z nami.

Tego samego dnia otrzymaliśmy rozkaz wyjazdu do Białegostoku. Bieganina, zwijanie szpargałów i wymarsz na stację. Na stacji jeden gwizd i krzyk jak przed końcem świata. W szybkim czasie podjechał pod rampę pociąg, ale tylko z dwoma wagonami. Gdy już załadowaliśmy wszystko, to znaczy papiery i prowiant, pociąg odjechał.

Biuro w Białymstoku urządzono w mieszkaniu jakiegoś doktora, każdemu z nas zaś dano osobny pokoik w hotelu. Taka kwatera, jak na wojenne czasy, była luksusowa. Położyliśmy się spać. Nie zdążyłem nawet się zdrzemnąć i naraz słyszę gwałtowne dobijanie się do drzwi. Wyskoczyłem z łóżka i pytam:

— Kto tam?

W odpowiedzi słyszę:

— My chcemy do generała, żeby nam wydał broń!

— Generał jest na innej kwaterze — odpowiadam. A oni chcą, żebym poszedł i powiedział mu, czego żądają, oraz przyniósł klucze od magazynu, bo inaczej wyłamią drzwi. Ubrałem się i poszedłem. Zachodzę na miejsce i dzwonię. Cisza. Zaczynam walić z całej siły w drzwi. Odezwał się głos kobiety. Poinformowała mnie, że generał godzinę temu wsiadł do samochodu z jakimiś panami i odjechał. Na te słowa ręce mi opadły i dopiero wówczas przejrzałem na oczy. Wróciwszy, powiedziałem, że generał broni już nie ma, albowiem wstyd mi było mówić o jego ucieczce. Oczekujący mnie jednak w to nie uwierzyli i dość znaczna grupa ludzi, klnąc siarczyście, ruszyła w kierunku składnicy.

To, czego się dowiedziałem, spędziło mi sen z oczu. Dopiero nad ranem zapadłem w drzemkę, z której wyrwał mnie krzyk kolegi. Wołał, że otrzymaliśmy rozkaz i za piętnaście minut mamy odjechać w kierunku Kowla.

Rozkaz to rozkaz. Zaczęliśmy się pakować w rozpaczliwym pośpiechu. Kwadrans — to bardzo mało. Pot spływał z każdego z nas strumieniem, gdy dobiliśmy do stacji. Pociąg jakby specjalnie na nas czekał. Gdyśmy się załadowali, szybko ruszył. Dopiero teraz był czas na rozmowy. Dowiedziałem się, że ci, co dobijali się w nocy po broń, wyłamali drzwi od składnicy, lecz prawie nic tam nie znaleźli.

Na chwilę zatrzymaliśmy się w Wołkowysku. Na stacji okropne zamieszanie, bieganina, krzyki, rozpaczliwe wołania: „Zabierzcie nas!” Ale nie wolno nam było nikogo wpuszczać do swoich wagonów.

Do Kowla w tym dniu nie dojechaliśmy, bo gdzieś niedaleko stacji Sarny napadły na nas samoloty niemieckie, chcąc nie chcąc, musieliśmy wiać z wagonów w krzaki, których tam dzięki Bogu nie brakło.

Smutny był widok oficerów, jak w panicznym strachu kryli się przed bombowcami, zapominając broni, czapek, części umundurowania.

Wychodząc wraz z kolegą ostatni, pozbieraliśmy, co się dało, lecz daleko uciec już nie zdążyliśmy. Przykucnęliśmy za stertą podkładów kolejowych. Samoloty zniżyły lot i siekły z broni pokładowej po krzakach, że aż liście się sypały. Potem z przeraźliwym gwizdem poleciały bomby. Dym przesłonił wszystko dokoła. Naraz usłyszałem wyjątkowo głośny świst, a potem zapadła głęboka cisza.

Gdy się ocknąłem, coś mnie przygniatało. Otwieram oczy i widzę tylko głowę kolegi i swoją, wyglądające z piachu, a dalej straszne cielsko bomby, która na szczęście nie wybuchła. Po wygrzebaniu się odgarnąłem ziemię od nieprzytomnego kolegi, ocuciłem go i zaczęliśmy się rozglądać za naszymi oficerami. Po upływie dość długiego czasu nasi dowódcy wyleźli spośród krzaków, jeszcze z duszą na ramieniu, pytając, czy nieprzyjaciel już odleciał.

Nalot ten wprawdzie nie uszkodził ani lokomotywy, ani wagonów, bomba jednak trafiła w tor kolejowy przed nami, uniemożliwiając dalszą podróż. Tak więc, chcąc nie chcąc, trzeba było czekać, aż tor zostanie naprawiony.

Niemcy wiedzieli o ruchach naszych wojsk. Przez przypadek dowiedziałem się, co było tego przyczyną. Opodal torów, na których musieliśmy się zatrzymać z naszą pocztą, biegła wąska droga, skręcająca następnie w lewo. Była pusta, ponieważ wszyscy przechodzący tędy uciekinierzy i żołnierze, kryli się po krzakach. Ale w pewnym momencie zamajaczyła na niej w oddali jakaś postać. Gdy się zbliżyła, rozpoznaliśmy, że to kobieta i że zdąża w naszym kierunku. Ucieszyliśmy się, bo chcieliśmy kupić owoców i mleka, więc gdy podeszła do nas, zapytaliśmy o najbliższą wieś lub gospodarstwo. Wskazała nam drogę do kolonisty niemieckiego, od którego wracała właśnie z wykopków. Poszliśmy tam z porucznikiem Orlikowskim śpiesznie, bo słońce już zachodziło. Po kilkudziesięciu minutach oczom naszym ukazał się rozległy zarys budynków gospodarczych. Po dojściu do sadu przystanęliśmy w nim, by się nieco rozejrzeć i trochę odsapnąć po szybkim marszu. Zaczynało się już dobrze ściemniać, mimo to naraz dostrzegliśmy, że jeden z krzaków porzeczek porusza się jakoś dziwnie. Wkrótce naszym oczom ukazała się głowa, a potem cała sylwetka mężczyzny. Widocznie nas nie zauważył, bo zamaskował krzakiem kryjówkę, z której wyszedł, i spokojnie zbierał się do odejścia.

Wtedy porucznik Orlikowski krzyknął:

— Stać! Ręce do góry!

Zatrzymany wyrwał ręce z kieszeni i przy tym nieznacznie wyrzucił jakąś kartkę. Szybko znaleźliśmy się przy nim i zrewidowaliśmy go, lecz nic nie znaleźliśmy. Wtedy schyliłem się i podniosłem kartkę, a że nie mogłem już z powodu mroku jej odczytać, schowałem do kieszeni. Zatrzymany oprzytomniał i zaczął się tłumaczyć, że jak sami widzimy, nie ma broni, jest gospodarzem tego domu i złapaliśmy go w jego własnym sadzie, gdzie ma chyba prawo przebywać. Istotnie, nie mieliśmy żadnych dowodów przeciw niemu, toteż gdy zaprosił nas do mieszkania, poszliśmy. Zaraz krzyknął na znajdujące się tam trzy kobiety, żeby przygotowały poczęstunek, a sam wy taszczył gdzieś z piwnicy dość pokaźnych rozmiarów gąsior i napełnił z niego szklanki. Wzniósł toast za nas i za polską armię.

Porucznik Orlikowski mrugnął na nas, żeby nie pić za dużo, toteż w krótkim czasie zaczęliśmy się zbierać w drogę powrotną. Gospodarz hojnie obdarował nas owocami i nie chciał słyszeć o zapłacie. Na odchodnym porucznik zapytał go znienacka, co też robił w tym schronie w porzeczkach, bo przecież nalotu nie było. Zaskoczyło to Niemca. Widocznie uważał, że pod wpływem trunku zapomnieliśmy o wszystkim. Powiedział niepewnie, że robił tam porządki. Na to porucznik:

— Może by pan był tak uprzejmy i zechciał pokazać nam ten swój pokój pod ziemią.

Kolonista wyraźnie nie miał na to najmniejszej ochoty. Zaczął się wykręcać. Mówił, że tam smród, brak światła, że nie warto zachodu. Wtedy Orlikowski wyjął pistolet i krzyknął:

— Prowadź, bo kula w łeb!

Niemiec o mało nie upadł ze strachu. Drżąc na całym ciele, poprowadził nas do swego „podziemnego gabinetu”.

Znaleźliśmy tam karabin maszynowy i radiostację nadawczą. Kolonista padł na kolana i zaczął błagać o darowanie winy, wyjaśniając, że miał to dla własnej obrony. Nikt z nas na jego wykręty nie zwracał uwagi, mocnym kopniakiem poderwaliśmy go na nogi i pognaliśmy do naszego pociągu. Tam postawiliśmy szpicla przed naszym majorem, przekazując mu jednocześnie całe wyposażenie kryjówki. Dowódca aż się za głowę chwycił ze zdziwienia. Wtedy przypomniałem sobie o owej kartce, którą podniosłem w sadzie. Jeden z oficerów odczytał jej treść. Zanotowane tam były nazwy miejscowości postojów naszej armii, odległości i drogi, którymi maszerowała. Nic dziwnego, że przy tak dokładnej informacji samoloty nieprzyjacielskie robiły nam piekło. Na tej kartce zapisane było również, jakie i ile wojska stoi w niedalekim lesie, przy którym zatrzymał się nasz pociąg.

Dowódca czym prędzej wysłał mnie tam z jednym oficerem, by powiadomić o niebezpieczeństwie. Poszliśmy. Po upływie jakiegoś czasu zamajaczyła przed nami ściana lasu. Wartownik gromkim głosem krzyknął:

— Stój! Kto idzie?

Odpowiedzieliśmy, że z ważną wiadomością do dowódcy. Odprowadzono nas do jego namiotu. Konwojowanego przez nas Niemca zostawiliśmy z wartownikami. Porucznik przedstawił, skąd przybywamy i co przynosimy. Na poparcie swych słów wręczył dowódcy ową kartkę. Ten, rzuciwszy na nią okiem, zarządził alarm. Oddziały czym prędzej zaczęły się wycofywać z zagrożonego miejsca postoju, albowiem niewiele już czasu było do świtu. Aresztowany Niemiec został w tej jednostce.

Ledwo wróciliśmy do naszego pociągu, dobiegł naszych uszu warkot silników samolotowych, a na niebie ukazało się kilka bombowców, zdążających do określonego celu. W krótkim czasie ów las zamienił się w pogorzelisko połamanych drzew. Szczęście, że tylko drzew!

W dwa dni potem, gdy już tor był naprawiony, dobiliśmy do Kowla, gdzie zatrzymaliśmy się na krótki postój. Dowódcy nasi naradzali się nad dalszą jazdą.

Kowel nie był jeszcze zniszczony, ale ludzi już w nim było niewiele. Widocznie skryli się przed nalotami w pobliskich lasach.

Po dwugodzinnym postoju wyruszyliśmy w kierunku Lwowa, skąd chcieliśmy przedostać się do Rumunii. Niestety, nie dojechaliśmy nawet do Trojanówki, gdyż porucznik Orlikowski dowiedział się na pierwszej stacji za Kowlem, że są tam już oddziały rosyjskie. Trzeba było wracać w kierunku Włodawy. Gdy dojechaliśmy do Małoryty, zastaliśmy tam wielu uciekinierów. Ścisk jak na największym odpuście. Brak chleba, wody. Ludzie siedzą gromadami, palą ogniska, gotują w blaszankach po konserwach. Dzieci chodzą po polach w poszukiwaniu kartofli, wygrzebują je z ziemi.

Poszedłem do dowódcy, a był nim teraz Orlikowski, bo starsi szarżą już się ulotnili, powiedzieć, że przecież mamy tyle masła, mąki, cukru, zostało nas zaś tylko dziewięciu, więc może dać prowiant głodującym. Popatrzył na mnie i pyta, czy chce mi się jeść. Odpowiedziałem, że tak.

— To co? Ludziom chcecie oddać wszystko, a sami g... jeść! W tył zwrot, odmaszerować!

Stuknąłem obcasami i odchodzę. Lecz chyba coś go ruszyło, gdyż słyszę za plecami rozkaz:

— Zatrzymać się!

Staję więc i czekam, a on nerwowym krokiem spaceruje po wagonie. Trwało to chwilę, wreszcie powiada:

— Weźcie kilku ludzi do pomocy i rozdajcie mąkę, woreczek na dwudziestu, kilogram cukru, szufelkę na dziesięciu, masło i słoninę też w przybliżeniu na tylu rozdzielcie. Dla nas zostawcie żywności na okres dwóch tygodni.

— Tak jest — odpowiedziałem.

Cóż za radość zapanowała wśród tych znękanych ludzi! Każdy rozniecał ogień, piekł jakieś placuszki, szukano drzewa na rozpałkę — słowem, krzątanina nieopisana. Chwilowo chyba zapomniano o straszliwej sytuacji, gdyż głód przemógł wszystko, nawet widmo śmierci.

Gdy już mieliśmy odjeżdżać, podeszła do nas jakaś elegancko ubrana pani z dwiema pokaźnych rozmiarów walizkami i prosi, żeby ją zabrać ze sobą. Dowódca, mimo że z początku odmówił, po dłuższym naleganiu zgodził się jednak. Owa dama, przekładając różne kosztowności z walizki do walizki, jedną z nich nieco opróżniła i z rozmachem wyrzuciła przez okno.

Odjechaliśmy 19 września w nocy. Nasza pasażerka siedziała przy oknie i widząc na bezchmurnym niebie gwiazdy, co chwila krzyczała:

— Lecą, lecą, uciekajcie!

Widocznie była przestraszona ciągłymi nalotami. Kilkakrotnie próbowaliśmy ją zapytać, skąd się tu wzięła oraz gdzie przed wojną mieszkała, lecz odpowiadała nam luźnymi zdaniami nie na temat.

Niedługo pociąg zatrzymał się w polu. Wtedy dowódca doszedł do wniosku, że i tak to wszystko diabli biorą, więc trzeba spalić papiery i pieniądze, których mieliśmy niemało. Gdy już zgromadziliśmy wszystko na stosie — podpalił. Widać było, jak się skręcają w płomieniach nowiutkie banknoty. Serce się ściskało w człowieku, gdy patrzył na to, ale cóż — wojna, a rozkaz rozkazem.

W dalszą drogę ujechaliśmy zaledwie kilka kilometrów, kiedy naraz do naszego pociągu oddano serię z karabinów maszynowych.

— Padnij! — rozległ się głos porucznika i wszyscy legli plackiem. Zastanawialiśmy się, jak długo to potrwa. Lecz maszynista, widząc, co się dzieje, dodał gazu i uciekliśmy wśród świstu goniących nas kul. Były to bandy nacjonalistów ukraińskich, grasujące w tamtych stronach.

Dojechaliśmy do Bugu. Most na rzece był zniszczony, ruszyliśmy więc piechotą w kierunku prowizorycznego drewnianego mostu, ażeby przeprawić się na drugi brzeg. Po drodze spotkaliśmy jakiegoś cywila, idącego widocznie z Włodawy, ponieważ oznajmił nam, że wczoraj byli tam Niemcy na motocyklach i samochodami i wymordowali wszystkich należących do organizacji wojskowej. Zatrzymaliśmy się stropieni, gdyż nie było wiadomo, czy już dziś nie dopędzą nas okupanci. Tymczasem nadszedł jakiś żołnierz, zdążający w tę samą stronę, co i my. Przyłączył się do nas i po drodze zaczął nam opowiadać swoją historię.

Parę dni temu oddział kawalerii, do którego należał, został w pewnej wsi za Małorytą zaskoczony o zmierzchu strzałami z karabinów maszynowych. Serie sypały się z ukrycia. Rozległo się przeraźliwe rżenie koni i jęki rannych. Oddział poszedł w rozsypkę. Konie uciekały bez jeźdźców, a jeźdźcy bez koni.

— Ja — powiada — zobaczywszy, co się święci, a byłem z tyłu oddziału, wykręciłem konia i uskoczyłem w bok. Naraz koń padł na kolana, a potem się przewrócił. Szczęście, że zdążyłem wyciągnąć nogi ze strzemion i tak ocalałem. Zerwawszy się, umknąłem na przełaj przez pola, gdyż strzelanina wcale nie ustawała, i w taki sposób znalazłem się aż tutaj. Nie wiem, ilu ocalało z tej pułapki, w każdym razie niewielu.

Doszliśmy do mostu, a potem dostaliśmy się do miasta, które było jak wymarłe. Myśleliśmy, że może spotkamy jakąś jednostkę, względnie pododdział naszego wojska, ale ani żywej duszy. Wtedy porucznik powiedział:

— Chłopcy, kto ma blisko do domu, a nie boi się sam iść, niech rusza, a my pójdziemy jeszcze w kierunku Parczewa.

Pożegnałem się więc z kolegami i dowódcą. Pchała mnie obawa o dom, gdyż absolutnie nie wiedziałem nic o nim, a podczas wojny wszystko jest możliwe. Gdy doszedłem do Jabłonią, zmęczenie i głód dały znać o sobie. Wstąpiłem do gospodarza przy drodze i pytam, czybym mógł kupić coś do jedzenia. Odpowiedział mi, że sprzedać to on mi nie chce nic, bo nasze pieniądze mogą już tylko służyć na podpałkę, ale da mi coś do zjedzenia za darmo.

Po posiłku zmusiłem się do dalszej drogi, bo czułem, że mogę usnąć ze zmęczenia, a wówczas byłoby całkiem źle. W niedługim czasie dobrnąłem na miejsce.

Tak to skończyło się moje wojowanie, a raczej bezcelowe jeżdżenie.

Zaraz po zajęciu wsi przez Niemców ogłoszono, że kto ma jaką broń lub umundurowanie, niech zdaje do sołtysa. Z tym jednak nikt się bardzo nie śpieszył.

Niemcy w szybkim czasie nałożyli na chłopów kontyngenty w postaci żywca, mleka, zboża oraz obowiązek wywózki drewna z lasu, co najmocniej się dało we znaki. Człowiek po całych dniach jeździł. Konie już ledwie łaziły, a i sam napracowałem się niemało.

Gdzie jaki prosiak był w chlewie, to trzeba było zakolczykować. Ludzie chowali przeważnie świnie po różnych dziurach, tak by potem można je było zabić dla siebie.

Raz schowałem prosiaka do stodoły w słomę, a żarcie nosiłem mu po drabinie, ponieważ otwór był tylko z wierzchu. Gdy już się trochę podtuczył, chciałem go zabić. Zachodzimy więc z sąsiadem bardzo rano. Otwór zakryliśmy, żeby nie było słychać kwiku. Chcieliśmy już ubitego świniaka wyciągnąć, gdy naraz zaskrzypiały drzwi od stodoły i dał się słyszeć szwargot Niemców. Zamarliśmy ze strachu. Myśleliśmy, że nas ktoś sypnął, a to równałoby się śmierci. Przesiedzieliśmy przy tym ubitym prosiaku niemal do obiadu, bo nie wiedzieliśmy, czy Niemcy jeszcze są w pobliżu, czy już ich nie ma.

Dopiero gdy głód nam porządnie zaczął dokuczać, postanowiliśmy wyleźć z kryjówki i — było nie było — wyciągnąć świniaka. Zaraz też oparzyliśmy go w gorącej wodzie i odpowiednio schowaliśmy. Mięso z takiego świniaka po pewnym czasie traciło dobry smak, ale wówczas nikt na to nie patrzył. Głodno się żyło i w strachu.

Czytany 292 razy

Dodatkowe informacje