Uwaga: zmiana godzin pracy biblioteki
Rolniczy Magazyn Elektroniczny
Zapraszamy do lektury nowego numeru dwumiesięcznika – „Rolniczy Magazyn Elektroniczny”
Pokoje Na Skarpie
Rolnicza Biblioteka Cyfrowa
Zapraszamy do lektury!
wtorek, 03 wrzesień 2019 08:13

80. rocznica wybuchu II wojny światowej - III część

Wrzesień 1939 roku w pamiętnikach chłopskich

 

W tym roku mija 80. rocznica wybuchu II wojny światowej. Bogactwo pamiętników, zwłaszcza napisanych przez mieszkańców wsi, zgromadzonych w Centralnej Bibliotece Rolniczej skłoniło nas do uczczenia tej rocznicy poprzez publikacje, w odcinkach, fragmentów pamiętników opisujących wybuch wojny i pierwsze miesiące jej trwania.

 

Pamiętniki od dawna mają wielki urok i są wysoko cenione przez czytelników i historyków. Dają możliwość niemal bezpośredniego obcowania duchowego z ludźmi, poznawania ich myśli i opinii, a także zwierzeń o nich samych. Pozwalają czytelnikowi nie tylko poznać przeszłość, ale także wczuć się w wydarzenia opisywane przez naocznych świadków. W kolejnym odcinku publikujemy fragment pamiętnika Bolesława Szostaka “Nad Czarną Hańczą” zamieszczonego w cyklu Wspomnienia chłopów z lat 1939-1945, tom Reduty wiejskie, wydawnictwo Książka i Wiedza, 1969.

 

 

Bolesław Szostak

Nad Czarną Hańczą

W dniu 1 września 1939 roku wysłany zostałem przez sołtysa naszej wsi na podwodę do Suwałk. Zebrało się tam na jednym z placów miejskich około trzysta furmanek z całego powiatu. Mieliśmy w czymś wojsku pomagać, ale do południa żadnych rozkazów nie otrzymaliśmy.

Wiadomość o rozpoczęciu wojny już tu dotarła. W mieście było zamieszanie. Ludzie pytali jedni drugich: — Czy Polska zdoła się obronić?

Niektórzy powoływali się na marszałka Rydza-Śmigłego, prezydenta Mościckiego i ministrów, że nie damy się Niemcom, ale większość była raczej zmartwiona.

Po południu nadleciała nad miasto eskadra samolotów. „Polskie czy szwabskie?” — zastanawialiśmy się, ale nikt nie był pewny. Nagle samoloty zniżyły lot i posypały się bomby. Skryliśmy się pod wozy, ale hitlerowcy zbombardowali tylko stację kolejową, most kolejowy na rzece Czarna Hańcza i koszary wojskowe. Nasza obrona przeciwlotnicza zestrzeliła jeden samolot. Pilot niemiecki był ranny i przeniesiony został do szpitala miejskiego. Rozeszła się wiadomość, że znaleziono przy nim dokładną, szczegółową mapę okolic Suwałk i plan miasta. Wywiad hitlerowski dobrze wywiązywał się ze swego zadania.

Wieczorem wróciłem do domu, do swej wsi Smieciuchówka, w której się w roku 1899 urodziłem i gdzie mieszkam i gospodaruję do dnia dzisiejszego. U nas tego dnia nic się jeszcze nie wydarzyło. Stosunkowo spokojnie minęło i kilka dni następnych. Wieczorami zbieraliśmy się w świetlicy Związku Strzeleckiego i z niepokojem w sercu słuchaliśmy komunikatów o bombardowaniu Warszawy i o klęskach naszej armii. Pocieszaliśmy się jeszcze słowami różnych pieśni i wierszy popularnych wtedy w naszych stronach. Jeden z takich utworów, „Przestroga”, miał następującą treść:

 

O ukochana ziemio!

O kraju sercu miły!

Wróg nie wie, jakie siły

W spokoju twoim drzemią.

 

Że gdyby łupu chciwy

Wyciągnął po cię rękę,

To ten, kto w Polsce żywy

Pośpieszy na wojenkę.

 

Że gdyby po raz wtóry

Pokusił się o ciebie,

W bój ruszą polskie góry

Kąpiące czoła w niebie

 

Że dęby, jodły, świerki

Przystaną do szeregów

I wszystkie polskie rzeki

Wystąpią ze swych brzegów.

 

Że gdybyśmy się starli

Po raz ostatni z losem,

To wtedy wszyscy zmarli

Przemówią wielkim głosem.

 

Że niebo się zachmurzy,

Że ziemią wstrząsną dreszcze,

I Grunwald się powtórzy,

Ale straszniejszy jeszcze.

 

Wtedy jeszcze mieliśmy nadzieję, że nasze wojska nie dadzą się łatwo pokonać. I rzeczywiście żołnierze bili się dzielnie, nie żałując swej krwi. Gdy radio nadawało jakiś komunikat, o tym, że tu i ówdzie nasze oddziały zadały hitlerowcom duże straty, tośmy wszyscy razem powtarzali jak modlitwę słowa innego wiersza o przysiędze żołnierza i każdy z nas w duchu życzył im, żeby nie zginęli, żeby przetrwali i dotrzymali tej przysięgi, którą teraz my też powtarzaliśmy, a która brzmiała — o ile dobrze pamiętam — mniej więcej tak:

 

Tobie, Ojczyzno, skroś męki i znoje

— Na krzyż bagnetów, ewangelię krwi —

Klniemy dochować wiernie służby swojej

Aż po ostatek naszych szarych dni.

 

Wiara i wola moc zastąpić może.

Zwycięstwo przynieść musi święty bój...

Tak nam dopomóż, ojców naszych Boże!

Tak Ci przysięga, Polsko, żołnierz Twój!

 

Tobie, Ojczyzno, skroś burze i gromy,

Skroś mnogie próby i zawodów ból,

Klniemy piersiami zasłaniać wyłomy,

Kiedy zabraknie w ładownicach kul.

 

Niech śmierć w żołnierskim przejrzy się honorze,

Niech ślubom świadczy ran otwartych zdrój...

Tak nam dopomóż, ojców naszych Boże!

Tak Ci przysięga, Polsko, żołnierz Twój!

 

Tobie, Ojczyzno, na dolę, niedolę

Do krwi ostatniej, ostatniego tchu,

Ślubujem dotrwać w żołnierskim mozole,

Choć bez spoczynku, bez dachu, bez snu.

 

Aż wzejdą wreszcie nie gasnące zorze,

Aż się w triumfu przyozdobisz strój...

Tak nam dopomóż, ojców naszych Boże!

Tak Ci przysięga, Polsko, żołnierz Twój!

 

Takie różne patriotyczne pieśni dodawały nam otuchy. A otucha była w naszych stronach potrzebniejsza niż w innych okolicach, bo wieś nasza leżała w odległości zaledwie dwunastu kilometrów od granicy polsko-niemieckiej. W dniu rozpoczęcia wojny na najbliższym odcinku granicy nie było prawie polskiego wojska, prócz Korpusu Ochrony Pogranicza. Ale z chwilą rozpoczęcia wojny żołnierze KOP-u odstąpili na trzy—cztery kilometry od granicy i przygotowali pozycje obronne. Były to jednak znikome oddziałki; większe siły polskie stały w Suwałkach. Były to: 41 pułk piechoty, 3 pułk kawalerii szwoleżerów, 2 pułk ułanów, 4 dywizjon artylerii konnej i 29 pułk artylerii polowej. W oddziałach tych znajdowali się moi młodsi koledzy, zmobilizowani w sierpniu do wojska.

Z naszej wsi powołano trzynastu mężczyzn, a zgłosiło się ponad dwudziestu. Ci nadprogramowi to byli członkowie działających u nas w okresie międzywojennym organizacji wojskowych: „Krokusów” i „Strzelców”. Odprawiono jednak owych siedmiu ochotników z kwitkiem. — Nie mamy broni, nie mamy umundurowania... — powiedziano im. Chcieli bronić ojczyzny, a musieli wrócić do domu. Tymczasem dochodziły nas niepokojące wiadomości od granicy. Hitlerowskie patrole zaczęły ją przekraczać. Niemcy wpadali, podpalali polskie wsie i miasteczka i wycofywali się. W ten sposób spłonęły wsie Prawy Las i Gębalówka oraz miasteczko Bakałarzewo. Rozeszła się pogłoska, że Niemcy aresztują wszystkich mężczyzn. Wszyscy młodzi mężczyźni naszej wsi, a w tej liczbie i ja, zaczęli uciekać na wschód. Ale gdzie było jechać, co robić? Tułaczka nie uśmiechała się nikomu. Po kilku dniach wróciliśmy więc do domów.

W dniu 10 września Niemcy wkroczyli do naszej wsi. Wojsko polskie, które znajdowało się w strefie przygranicznej, wycofało się na wschód. Oddziały te przechodziły koło naszych domów. Jeden z podoficerów KOP, który przedtem pełnił służbę na strażnicy w miasteczku Przerośl, sierżant Hanz, przyszedł do mnie i zaproponował wymianę munduru na jakieś ubranie cywilne. Pragnął dotrzeć na Polesie, aby połączyć się z żoną, która wyjechała tam przed rozpoczęciem wojny. Zgodziłem się na jego propozycję. Dałem mu garnitur, w zamian otrzymałem mundur i dziewięciostrzałowy pistolet marki czeskiej w bardzo dobrym stanie.

Po wkroczeniu do nas Niemcy zaprowadzili swoje rządy. Wójtem naszej gminy został Niemiec Wilczewski, komendantem utworzonego przy urzędzie gminnym posterunku żandarmerii — również Niemiec, Bagiński. Sołtysem wsi — oczywiście volksdeutsch, Jan Syperek.

W początkach października 1939 roku, jadąc z Suwałk do domu, spotkałem po drodze owego sierżanta Hanza, który wraz z żoną wracał pieszo do Przerośli. Podjechali ze mną kilka kilometrów. Hanz opowiadał mi, że przed pierwszą wojną światową mieszkał na dawnych terenach Polski, które po ostatnim rozbiorze dostały się pod zabór pruski. Z pochodzenia był Polakiem, ale nosił miano „wachdeutscha”. Po roku 1918, kiedy Polska odzyskała niepodległość, przyjął obywatelstwo polskie i wstąpił na służbę do wojska polskiego. Dochrapał się stopnia sierżanta i do 1939 roku pełnił służbę w oddziale KOP w Przerośli. Teraz wracał do teściów, którzy mieszkali w tym miasteczku.

W kilkanaście dni później dowiedziałem się, że Hanz zgłosił się do władz hitlerowskich, przyjął obywatelstwo niemieckie i objął pracę w zarządzie gminnym w Przerośli jako sekretarz gminy. Pracował na tym stanowisku aż do końca okupacji. Ja zaś żyłem w tym czasie w ciągłym lęku. Hanz mógł w każdej chwili zgłosić się osobiście do mnie po pistolet i ubranie lub zawiadomić o tym żandarmerię albo gestapo. Był to jednak ponoć człowiek z sumieniem i nie wydał mnie.

Pistolet przechowywałem w polu. W sąsiednim gospodarstwie mieszkała moja siostra, której mąż zmobilizowany w sierpniu 1939 roku do wojska, dostał się w czasie walk do niewoli niemieckiej i przebywał w obozie jenieckim w Magdeburgu do roku 1942, kiedy to podczas alianckiego nalotu został zabity. Chłopak z sąsiedniej wsi, który był z nim razem w niewoli, zawiadomił nas listownie o jego śmierci. A z obozu przyszedł list z wiadomością, że szwagier zmarł na „białą gorączkę”. Taka to była ta hitlerowska prawda. W czasie wojny musiałem się opiekować siostrą-wdową, bo pozostała sama z małą córeczką. Obsiewałem jej pole i wykonywałem wszystkie prace rolne. I właśnie na jej polu, w odległości kilometra od drogi i od zabudowań siostry, znajdowało się bagno porośnięte krzakami, z dużą kupą kamieni. W tej to — jak ludzie u nas mówią — kruśnicy urządziłem schowek i w nim trzymałem dobrze naoliwiony i zawinięty w pakuły pistolet. Przechowywałem go tam prawie do końca okupacji.

Ale wróćmy do roku 1939. Po obsadzeniu swymi ludźmi administracji i sprowadzeniu żandarmerii Niemcy zaczęli wydawać zarządzenia. Najpierw ukazały się olbrzymie plakaty obwieszczające, że każdy Polak, który posiada broń, amunicję, radia, rowery i inne jakieś pojazdy mechaniczne — powinien oddać je dobrowolnie w ciągu siedmiu dni w urzędzie gminnym. Kto się temu rozkazowi sprzeciwi, czeka go surowa kara. Nie wszyscy jednak dostosowali się do zarządzeń okupanta i nie wszyscy rowery, radia i broń dobrowolnie oddali. Okazało się jednak, że Niemcy posiadają szczegółowe spisy tych rzeczy. Toteż zabierali je sami i jeszcze nakładali wysoką karę. Jeśli chodzi o broń, to było z nią o tyle lepiej, że Niemcy nie mogli dowiedzieć się, kto broń posiada, bo w czasie frontu walało się jej niemało i niejeden podnosił. Dzięki temu udało się dużo ukryć.

W naszej wsi mieszkało przed wojną sześć rodzin pochodzenia niemieckiego, a mianowicie rodzina Juliana Benyka, Jana Ewki, Augusta Ewki, Juliana Rynki, Jana Syperka i Adama Klimacha. Byli wśród nich młodzi mężczyźni i jako obywatele polscy służyli w naszym wojsku. Jak się później okazało, jeden z nich, Adam Klimach, był szpiegiem hitlerowskim i działał na rzecz wywiadu III Rzeszy. Zresztą wychowywał się w dzieciństwie w Niemczech, umiał dobrze mówić po niemiecku i widać go sobie faszyści odpowiednio podchowali. Jego to „dziełem” był spis posiadanych przez mieszkańców naszej wsi rowerów, radioodbiorników i broni. I właśnie „dzięki” niemu zmuszeni byliśmy oddać dziewiętnaście rowerów, kilka pistoletów, radioodbiornik ze świetlicy i dwa radia na słuchawki.

Czytany 169 razy

Dodatkowe informacje