piątek, 20 wrzesień 2019 09:31

80. rocznica wybuchu II wojny światowej - XVI część

Wrzesień 1939 roku w pamiętnikach chłopskich

 

W tym roku mija 80. rocznica wybuchu II wojny światowej. Przez ostatnie dwa tygodnie publikowaliśmy fragmenty pamiętników zgromadzonych w Centralnej Bibliotece Rolniczej opisujących wybuch wojny i pierwsze miesiące jej trwania. Dzisiaj zamieszczamy ostatni fragment pamiętnika Edwarda Fąfary “Tułaczka ” zamieszczonego w cyklu Wspomnienia chłopów z lat 1939-1945, tom Niewolniczy chleb, wydawnictwo Książka i Wiedza, 1969.

 

 

Edward Fąfara

Tułaczka

Niełatwo przychodzi mi wracać myślą do tych czasów, ale jeśli już się do tego biorę, postaram się, choć nie przyjdzie mi to łatwo, odtworzyć wszystko tak, jak było. Początek moich wspomnień nie będzie należał do ciekawych, ale znajdzie się w nim to, co było. A jak to było, opowiem.

25 sierpnia 1939 roku w godzinach popołudniowych brat mój Marian, który od roku prawie zwoził materiał na budowę obory — a właściwie miało to być coś uniwersalnego, czyli obora, stajnia i zarazem dom mieszkalny — wrócił właśnie z lasu z koniem i wozem wynajętym od sąsiadów. Otrzymał kartę mobilizacyjną i tego samego dnia wieczorem pożegnał swoją żonę, Marię, następnie rodziców, no i resztę rodzeństwa i udał się do swej macierzystej jednostki wojskowej, czyli do 4 pułku piechoty w Kielcach, skąd przed dwoma laty jako rezerwista w stopniu kaprala przybył do domu.

Przy pożegnaniu brat hamował wzruszenie i my wszyscy także. Zresztą nie było zbyt wiele czasu na roztkliwianie się, bo pociąg odchodził za godzinę, a do pociągu trzeba było iść prawie tyle samo. Jeszcze nie zdążyliśmy odzwyczaić się od codziennego widoku Mariana, aż tu 1 września... wojna.

Tak samo jak brat, otrzymało wezwanie do wojska jeszcze kilku okolicznych rezerwistów, a codziennie potem powoływano następnych. Ale nie wszyscy zdążyli dostać się do swoich jednostek, więc wrócili do domu.

Już drugiego dnia wojny nasza wioska Zalezianka zapełniła się ewakuowanymi z Częstochowy, a trzeciego dnia, idąc do kościoła, usłyszeliśmy huk bomb lotniczych na stacji kolejowej w Łącznej, gdzie stało kilka pociągów osobowych z ewakuowaną ludnością. Kiedy przyszliśmy na stację, oczom naszym ukazał się widok mrożący krew w żyłach. Kilka roztrzaskanych wagonów, a w nich i koło nich mnóstwo zmasakrowanych ciał ludzkich. Oglądając to dzieło faszystów, nie mogliśmy nijak zrozumieć, dlaczego zbombardowano pociągi z ludnością cywilną, bo przecież w wagonach tych nie było ani jednego żołnierza. Brakło jednak czasu na rozmyślania, bo trzeba było zająć się żywieniem ocalałych i jakoś ich rozlokować po okolicznych wsiach. W tym też celu udałem się do zarządu gminnego w Suchedniowie z prośbą o pomoc i radę dla ewakuowanych. Niewiele tam załatwiłem, bo nie bardzo było z kim gadać. Spotkałem jedynie sekretarza Niwińskiego, który polecił mi sporządzić wykazy imienne dla swojej wsi i przynieść je do gminy, a wtedy otrzymam dalsze instrukcje i ewentualną pomoc dla ewakuowanych.

Udałem się niezwłocznie w powrotną drogę, ale już w Ostojowie zauważyłem trochę wojska polskiego. Była to obsługa dwóch dział przeciwlotniczych, która akurat jadła obiad. Nie dano im jednak zjeść spokojnie, gdyż w tym to czasie ukazały się niemieckie samoloty i żołnierze rzucili się do dział, nakazując cywilom ulotnić się. Zaczęli strzelać do samolotów.

Biegnąc co sił, dopadłem skraju lasu i szedłem nim do końca wsi Osełków, a później skręciłem na ukos przez pola do Łącznej, gdyż miałem przekazać polecenie z gminy dla sołtysa tej wsi. Kiedy jednak dopadłem tartaku, nadleciały znów samoloty, zrzuciły kilka bomb i strzelały z broni pokładowej w nieliczną zresztą grupę żołnierzy polskich. Od huku bomb i wstrząsu dostałem silnego bólu głowy i choć nie jadłem nic prawie dwie doby, chwyciły mnie torsje.

Z Łącznej udałem się znów drogą przez pola do swojej wsi. Gdy doszedłem do skraju lasu, spotkałem okopujących się polskich żołnierzy. Zaczęli ze mną rozmowę na temat wojny, jak ja się na to zapatruję. Odpowiedziałem, jak myślałem, że nie damy się. Jesteśmy przecież silni, zwarci, gotowi, a pomoże nam Francja, Anglia, że zetrzemy faszystów w proch.

Jeden z nich, w stopniu kaprala, tylko się uśmiechnął, ale nic nie powiedział, gdyż w tej chwili nadleciał samolot niemiecki, który unosił się bardzo nisko, przechylił się i zaczął strzelać z broni pokładowej, a żołnierze kryli się za grubymi sosnami. Kiedy przeleciał, nie wyrządziwszy na razie żadnej krzywdy, wyskoczyłem i ja zza pnia sosny i udałem się do Zalezianki, odległej już stąd tylko o niespełna kilometr.

Kiedy dotarłem do domu rodzinnego, we wsi panował rwetes. Byli tacy, co twierdzili, że Niemcy są już w Kielcach, inni, że w Zagnańsku. Grupa rezerwistów opuszczała wieś, szła na poszukiwanie swych macierzystych jednostek, a reszta pakowała swoje rzeczy na wozy i nim się ściemniło, większość mieszkańców Zalezianki wraz z dobytkiem była już w lesie w Osiecznym. W domach we wsi pozostało kilku staruszków i moja matka, której wcale nie mogłem ani ja, ani reszta rodzeństwa nakłonić do opuszczenia domu, mimo że pociski artylerii niemieckiej rozrywały się bardzo blisko. Kawał w noc trwała strzelanina z armat, lecz nas wszystkich krył zbawczy las.

Potem się uspokoiło i po paru dniach wróciliśmy do domu, gdzie zastałem matkę żywą i zdrową oraz zobaczyłem żołnierzy niemieckich, którzy na skraju wioski prowadzili handel wymienny, oferując polską machorkę i inne wyroby tytoniowe za jajka, masło oraz drób. Za tłumacza był Jan Zieliński, którego chata stała pierwsza z brzegu, a który jeżdżąc „na Saksy” nauczył się trochę niemieckiego języka.

W następne dni zaczęli ściągać do domów rezerwiści, którzy nie zdążyli odnaleźć swoich jednostek. Życie wracało jakby na normalne tory. Zaczęto się zastanawiać, co będzie dalej, ewakuowani wracali do swoich stron, oczywiście z wyjątkiem tych, co zginęli od bomb. Nasi mieszkańcy wykopywali resztki ziemniaków, które pozostały na polach. Niektórzy korzystając z bezkrólewia zwozili drzewo z lasu. Poszły w ruch piły i siekiery. Wzrosło zapotrzebowanie na cieśli, a kto tylko się cośkolwiek znał na tym rzemiośle, chwytał za topór.

W Zaleziance żył i mieszkał między innymi cieśla nazwiskiem Tomaszewski, który był formalnie rozchwytywany. Dzięki argumentowi w postaci pary butów saperskich wymienionych za cywilną garderobę zdołałem go na parę dni zwerbować do siebie i ociosał mi ściągane przeze mnie przy pomocy mej żony drzewo.

Gdzieś dopiero w grudniu pojawili się Niemcy — „stróże prawa” i przeprowadzili lustrację podwórek. Pierwszą ich ofiarą padł tłumacz Zieliński, który za kilka znalezionych u niego belek otrzymał na tych właśnie belkach dwadzieścia pięć knyplów. Reszta chowała swoje drzewo w popłochu. Zakopywali, wynosili w pola. Słowem ukrywali, gdzie tylko kto mógł, aby nie podzielić losu Zielińskiego.

W tym samym czasie wrócił do swej leśniczówki nasz leśniczy, inżynier Marcinkowski; z kilkoma niemieckimi funkcjonariuszami i w asyście sołtysa dokonywał pomiarów znalezionego drzewa. Kobiety sporządziły suty obiad dla całej tej ekspedycji, no i jakoś tam sprawę załatwiono, płacąc z miejsca wartość drzewa.

Wrócił już do domu wuj Michał Dunakowski, który dał drapaka z obozu jenieckiego w Radomiu. Wrócił wreszcie i wuj Ignacy z obozu w Altengrabow i wielu, wielu innych. Wrócił także Bronek Domagała — o dziwo, w pełnym umundurowaniu wojskowym — z twierdzy w Modlinie. Nie wrócił jedynie mój brat Marian i Paweł Misiak z naszej wsi.

Od kolegów Mariana dowiedzieliśmy się, że brat zginął od niemieckiego pocisku artyleryjskiego nad rzeką Wartą. Udały się tam nawet jego żona Maria z Moskałów i nasza matka, ale grobu jego nie odnalazły i w końcu zaprzestały poszukiwań.

Przyszła zima, zapasy, skromne zresztą, zaczęły się kurczyć. Uwaga każdego skupiała się teraz na tym, jak przetrwać chłody. Niektórzy ludzie ze smykałką zaczęli ruszać w świat. Przywozili naftę, sól i inne niezbędne przedmioty codziennego użytku. Ale większość po dawnemu wyrabiała z drzewa różne rzeczy, jak: łyżki, warząchwie, denka, szufle czy niecki, te wszystkie przedmioty, które i przed wojną stanowiły jedyne prawie źródło utrzymania mieszkańców Zalezianki Dolnej. Obecnie jednak nie było odbiorców tego towaru, a jeżeli nawet się znaleźli, to w znikomej ilości. Taka sytuacja zmusiła nas do szukania zbytu. Ładowaliśmy więc nasze drewniane wyroby do worków i ruszaliśmy w świat, sprzedając je nie za gotówkę, ale w większości wypadków towar za towar. A więc za mąkę, chleb, tłuszcz, a nawet kartofle, w ogóle za to, co można jeść. Było to przedsięwzięcie ryzykowne, bo najpierw, żeby coś wyprodukować, trzeba było mieć odpowiednie drzewo; kupić nie było można, więc trzeba było po prostu ukraść. Zbieraliśmy się więc w kilku, szliśmy do lasu na noc, ścinaliśmy gruby buk, przerzynaliśmy na odpowiednie kawałki, rozłupywali, a wszystko to przy świetle rozpalonego ogniska, i robiliśmy tak zwaną „zacinkę”. Polegała ona na tym, że pierwsze fazy produkcyjne odbywały się w lesie, za pomocą siekier, a wykończenie dopiero w domu ośnikami, nożami, strugami, skoblicami i cieślicą. Następnie gotowy produkt wywoziło się w świat.

Czytany 386 razy