środa, 18 wrzesień 2019 11:56

80. rocznica wybuchu II wojny światowej - XIV część

Wrzesień 1939 roku w pamiętnikach chłopskich

 

W tym roku mija 80. rocznica wybuchu II wojny światowej. Bogactwo pamiętników, zwłaszcza napisanych przez mieszkańców wsi, zgromadzonych w Centralnej Bibliotece Rolniczej skłoniło nas do uczczenia tej rocznicy poprzez publikacje, w odcinkach, fragmentów pamiętników opisujących wybuch wojny i pierwsze miesiące jej trwania.

 

Pamiętniki od dawna mają wielki urok i są wysoko cenione przez czytelników i historyków. Dają możliwość niemal bezpośredniego obcowania duchowego z ludźmi, poznawania ich myśli i opinii, a także zwierzeń o nich samych. Pozwalają czytelnikowi nie tylko poznać przeszłość, ale także wczuć się w wydarzenia opisywane przez naocznych świadków. W kolejnym odcinku publikujemy fragment pamiętnika Andrzeja Doleckiego “Wojenne ścieżki” zamieszczonego w cyklu Wspomnienia chłopów z lat 1939-1945, tom Niewolniczy chleb, wydawnictwo Książka i Wiedza, 1969.

 

 

Andrzej Dolecki

Wojenne ścieżki

Na wojnę szedłem z ochotą. Paliła mnie jakaś mglista nadzieja, że jeśli wyjdę cało, znajdę dla siebie lepsze warunki życiowe, pochwycę jakąś szansę. Do stracenia nie miałem nic. Najwartościowszą rzecz, swój ślubny garnitur, miałem na sobie. Wstyd mi było jechać do wojska, a właściwie iść w świat w nędznym, tartacznym uniformie. Zostawiałem więc tylko Stasię. Trochę mi było jej żal. Pierwszego września bardzo wcześnie rano odprowadziła mnie na stację do Zębca. Niedawno, bo trzynastego maja, był nasz ślub, a tu już mobilizacja. Nie była więc długo mężatką, toteż szlochała, trzymając się mnie kurczowo.

— Nic się nie bój — pocieszałem ją. — Prosiłem rodziców, żeby ci krzywdy nie robili, a ja wrócę, zobaczysz, że wrócę...

— Ty chyba zapomniałeś, że to wojna, o mój Jezu, mój Jezu!...

— Nie zapomniałem, że wojna, ale i na wojnie nie wszyscy giną, więc dlaczego ja akurat mam polec. Powiedz sama. Dlaczego? Nie płacz! No, już nie płacz!

,,Jeśli zginę — pomyślałem sobie — to i tak dziury w niebie nie będzie”.

W chacie rodzinnej w Grabince został już tylko najmłodszy brat Bronek. Trzej starsi przebywali w wojsku od czasu marcowej mobilizacji. Paweł w Bydgoszczy, a Ignac z Wojtkiem w Poznaniu. Wszyscy służyli w kawalerii. Ja byłem piechociarzem czterdziestego czwartego pułku w Pińsku, a na wypadek wojny miałem przydział do Brześcia.

— Co ja będę robić bez ciebie — zawodziła znowu Stasia.

,,Psiakrew, z tymi babami!” — pomyślałem sobie, ale dudniące od warkotu samolotów niebo zmuszało i mnie do zastanowienia.

Na stacji kolejowej panował niesamowity tłok. Powszechna mobilizacja napędziła ludzi z okolicznych osad i wsi. W tłumie przeważały kobiety. Pociąg nie nadjeżdżał. W rodzinach żegnano się, nie wiadomo na jak długo. Moja żona, wisząc mi u ramienia, trzęsła się od płaczu. W domu matka wyprawiała mnie też ze łzami.

— Już czwarty — szeptała. — Już czwarty...

Ojcu trzęsła się broda. Wiekowy był i spracowany. Najlepsze swe lata spędził jako kowal dworski we wsi Dąbszczyna w powiecie lubelskim. Dorobkiem i dumą całego jego życia było te siedem hektarów lichego gruntu, kupionego w Grabince w 1922 roku z parcelacji, które nas i tak utrzymać nie były w stanie. Było nas jednak z ojcem sześciu mężczyzn do pracy. Ja w ubiegłym roku dostałem się na stałego robotnika do tartaku. Sukces to nie lada! Właśnie do wczoraj pracowałem tam przy ładowaniu kloców lub trocin do węglarek. A przedtem? To nieważne. Przedtem najdłużej byłem pastuchem u bogatych chłopów, następnie uczniem u ogrodnika, chłopcem na posyłki i tym, za kogo ktoś chciał mnie wynająć.

— Andrzej, Andrzej, zobacz! — jęczała Stasia.

To w stworzonym nagle sztucznym tłoku wyłuskano policjantom pistolety i pałki.

Wśród zebranych widać było dużo pijanych. Szli walczyć ,,pod muchą”. Już opijali zwycięstwo. Byliśmy zresztą wszyscy pewni, że się nie damy. Pokażemy tym takim a takim synom!

Znowu targnął powietrzem warkot nadlatujących samolotów. Po zebranych odbitą falą przebiegła cisza.

Nie wiem dlaczego przypomniał mi się Otto Kral, chłopak zmianowy w naszym tartaku. Jeśli rozmawialiśmy przy nim na tematy wojenne, on gasił zapał robotników.

— Nie zdajecie sobie sprawy, jaka to potęga Niemcy — mawiał.

Naturalnie zaraz zakrzyczeli go robotnicy, a w dodatku tego samego dnia policja z Siedlec aresztowała Krala jako prowokatora i panikarza. Nie tylko w tartaku, ale w całej okolicy mówiono o zlikwidowaniu groźnego szpiega. Szpieg tymczasem wrócił, przypiął na tablicy ogłoszeń oświadczenie prokuratora, że on, Kral Otto, nie jest posądzony o szpiegostwo, a jego wypowiedzi nie miały cech przestępstwa.

Atmosfera podejrzeń i grozy panowała wówczas wokoło.

Czuj duch! Na stację wjechał wreszcie zasapany pociąg do Siedlec. Część zmobilizowanych odjechała. Tłum jednak nadal był gęsty i tkwił w nerwowym oczekiwaniu. Nadjeżdża inny pociąg! Nie. To sam parowóz. Nikt nie chce dłużej czekać. Pojedzie parowozem tylu, ilu się zmieści. Zarządzono, że w pierwszej kolejności wsiądą oficerowie, podchorążacy i podoficerowie. Pozostali muszą czekać na następną okazję.

Udało mi się wdrapać na parowóz od przodu. Z żoną pożegnałem się znacznie wcześniej. Teraz tylko machanie rękami. I ten głupi babski płacz. Dlaczego? Ja chciałem jak najprędzej włączyć się do walki, i to na pierwszej linii, aby tylko wojna nie skończyła się beze mnie.

Dojechaliśmy wkrótce do Czeremchy. Dworzec był tu już rozbity. Bomba, trafiając w jeden róg budynku, rozpołowiła go na dwie części: stojącą i zrujnowaną. Wokół oczekiwało czterokrotnie więcej ludzi niż w Zębcu. W zdenerwowaniu klęli wszyscy mobilizację, wojnę i sami nie wiedzieli, kogo i za co. Dziwiłem się, że ludzie pozwalali sobie na takie gardłowanie. Nie było jednak czasu na zastanawianie się, bo oto: „Uwaga! Uwaga! Wjeżdża pociąg z Białegostoku do Brześcia”. Przepełniony. Zabraliśmy się jednak wszyscy. Sapał z nadmiaru wysiłku, a my z nadmiaru oczekiwania. Nie zatrzymaliśmy się w Brześciu. W obrębie miasta zaatakował nas niemiecki myśliwiec. Latał z jednej strony na drugą i bił w pociąg, ile chciał. Pokładliśmy się na podłodze gęsto, prawie jeden na drugim, nie mając pojęcia, co należy robić. Wagon nasz wyszedł bez szwanku, w innych podobno byli ranni. Po skończonym nalocie pociąg nasz przystanął przy jakiejś wojskowej rampie. Prysnęliśmy w różne strony. Razem ze mną rówieśnik z mojej wsi, Józek Krzywicki. On także miał przydział do tego samego pułku. Poszliśmy więc obaj w kierunku koszar. Brama była zamknięta, a pluton wartowniczy nie wpuszczał nikogo. W mieście prawie bez przerwy ogłaszano alarm. Syreny wyły. Ciarki przechodziły po kościach. Nikt nie wiedział, gdzie jest punkt zborny naszego pułku. Poszliśmy więc do miasta. Z nami około stu innych cywilów.

Na wiadukcie kolejowym sensacja: członek straży obywatelskiej z opaską na rękawie chciał wylegitymować młodą kobietę, która jego zdaniem za długo kręciła się w tej okolicy. Kobieta stanowczo odmówiła okazania dowodu. Twierdziła, że jest żoną oficera sztabowego i tego rodzaju traktowanie ubliża jej godności. Pełniący służbę był jednak uparty. Na chodniku wytworzył się zator. Zatrzymana zwróciła się o pomoc do przechodzącego skauta. Z kokieteryjnym płaczem prosiła go o uwolnienie od tego „gbura”. Młody człowiek w wieku osiemnastu czy dwudziestu lat, wysportowany, dobrze zbudowany i pewny siebie oświadczył, że bierze kobietę na własną odpowiedzialność. Nie przekonało to „gbura”. Zażądał dokumentów od obojga. Skaut w mgnieniu oka znokautował służbistę. Kobieta zaczęła szybko uciekać. Schwytano ją razem z inną niewiastą, która zdradziła się także ucieczką. Znalazł się szybko patrol żandarmerii i aresztował skauta. Harcerza zaraz zwolniono. Był to syn oficera polskiego. Kim była kobieta, nie dowiedziałem się.

Udaliśmy się do naszego RKU, aby zasięgnąć języka, co mamy dalej robić. Na dziedzińcu gmachu komendy i na ulicy stały setki rezerwistów. Żądali zmiany karty mobilizacyjnej. Nikt nie chciał być pociągany do odpowiedzialności za uchylanie się od służby.

— Dajcie mundur i broń albo adnotację w karcie — wołano zewsząd. Większość wcale nie chciała iść do domu, odwrotnie, krzykiem domagała się skierowania do swoich jednostek.

Z gmachu dworcowego wyszedł opięty w mundur major.

— Czołem chłopcy! Cieszy mnie wasza gotowość do walki. Ci właśnie, którzy chcą walczyć, niech się zgłoszą do koszar, gdzie powinni być przyjęci. Reszta musi poczekać na późniejszy termin. Teraz proszę się rozejść. Powtarzam, proszę się rozejść, bo w wypadku nalotu niemieckiego mogą tu być jatki.

Zmobilizowani zaczęli się zwoływać numerami pułków. Obok mnie na miejscu Józka Krzywickiego znalazł się teraz inny znajomy z mojej parafii, Jan Bohdanowicz, kaflarz z zawodu i kompletny analfabeta. Pilnował się mnie jako swojaka, kazałem mu więc razem krzyczeć:

— Trzydziesty piąty pułk piechoty, zbiórka na ulicy!

Janek trzymał rękę podniesioną do góry i powtarzał od czasu do czasu:

— Tu trzydziesty piąty! Tu trzydziesty piąty! Tu trzydziesty piąty!

Śmieliśmy się przy tym jak cholera — no bo co mi strzeliło do głowy urządzać taką hecę?

Objąłem jednak komendę.

— Zbiórka w marszu! Kierunek za mną, marsz!

Bałem się obejrzeć do tyłu. Czułem, że uformowała się już kolumna około trzystu chłopów. Szliśmy wolno środkiem ulicy. Do koszar było niemal trzy kilometry.

— Oficerowie, wystąp!

Wystąpiło czterech — sarni podporucznicy. Najstarszemu wiekiem zdałem komendę. Niech się teraz martwi.

Wszyscy oficerowie byli z rzeszowskiego i nie znali Brześcia, kazali mi więc dalej prowadzić wojsko.

Do koszar wkroczyliśmy najpierw we dwóch. Dowódca warty oświadczył nam, że ma rozkaz nie wpuszczać nikogo na teren, a w razie nieposłuszeństwa użyć broni.

Posiadaliśmy więc przy bramie na kamieniach, w rowach, nie wiedząc, co dalej robić i gdzie się zwrócić.

Pierwszy dzień wojny miał się ku końcowi, a ja jeszcze nie wojowałem.

Biwakowaliśmy w dalszym ciągu przed bramą. Niektórzy wyjęli półlitrówki, częstowali nawet mnie, niefortunnego dowódcę. Grano w oczko lub prowadzono z niewysłowionym zapałem rozmowy.

Wypadało nam spać na ulicy, bo ani przechodzące patrole, ani oficerowie nie chcieli interweniować w naszej sprawie.

Wybawił nas nalot ciężkich niemieckich samolotów. Cała wartownia uciekła do schronów. Droga była wolna. Błyskawicznie poderwałem ludzi.

— Za mną biegiem marsz!

Zerwaliśmy się wszyscy i szybko przekroczyliśmy zakazaną granicę. Zatrzymałem się przy dowództwie pułku.

Urzędował tu jeszcze zawodowy porucznik. Kazał nam iść do koszar, znaleźć sobie nocleg, poformować między sobą plutony i drużyny, ustalić dowódców według stopni i czekać do rana na dalsze rozkazy.

W koszarach było już wojsko, żołnierze tacy sami jak my, tyle tylko, że wcześniej od nas przyjechali.

Na dowódcę naszej kompanii wybraliśmy podporucznika Kazimierza Ziajewskiego z Warszawy. Ja zostałem szefem kompanii.

W koszarach panował nieopisany bałagan. Na kolację mieliśmy iść już teraz, ale nie było menażek. Na własną rękę oderwaliśmy drzwi od podręcznego magazynu. Były tam przybory do jedzenia i do mycia. A więc najważniejsze: jedzenie — załatwione. Co będzie potem — zobaczymy.

Czytany 410 razy