wtorek, 17 wrzesień 2019 13:23

80. rocznica wybuchu II wojny światowej - XIII część

Wrzesień 1939 roku w pamiętnikach chłopskich

 

W tym roku mija 80. rocznica wybuchu II wojny światowej. Bogactwo pamiętników, zwłaszcza napisanych przez mieszkańców wsi, zgromadzonych w Centralnej Bibliotece Rolniczej skłoniło nas do uczczenia tej rocznicy poprzez publikacje, w odcinkach, fragmentów pamiętników opisujących wybuch wojny i pierwsze miesiące jej trwania.

 

Pamiętniki od dawna mają wielki urok i są wysoko cenione przez czytelników i historyków. Dają możliwość niemal bezpośredniego obcowania duchowego z ludźmi, poznawania ich myśli i opinii, a także zwierzeń o nich samych. Pozwalają czytelnikowi nie tylko poznać przeszłość, ale także wczuć się w wydarzenia opisywane przez naocznych świadków. W kolejnym odcinku publikujemy fragment pamiętnika Anny Puchajdy “Byłam jeszcze dzieckiem” zamieszczonego w cyklu Wspomnienia chłopów z lat 1939-1945, tom Niewolniczy chleb, wydawnictwo Książka i Wiedza, 1969.

 

 

Anna Puchajda

Byłam jeszcze dzieckiem

Kiedy wybuchła druga wojna światowa, miałam lat trzynaście. Mieszkałam w Wieliczce pod Krakowem. Ojciec mój, chemik, prowadził laboratorium w Żupie Solnej. Przeszłam do drugiej klasy gimnazjum i na tym na razie skończyła się moja edukacja. Los miał mnie zagnać prawie na dwa lata na Ukrainę, potem do Warszawy i w końcu do Niemiec. Dziś zatarły się w mojej pamięci niektóre nazwy miejscowości, lecz ciężkiego życia i niewoli nie zapomnę nigdy.

W parę dni po wybuchu wojny dowiedziałam się o ewakuacji. Miała się ona odbyć fabrycznymi samochodami na dworzec kolejowy w Krakowie, a następnie pociągiem. Przy wsiadaniu panował kompletny chaos. W samochodach było niewygodnie i ciasno. Wobec tego pozostawiwszy tam matkę z moją młodszą o trzy lata siostrą, ojciec udał się ze mną do domu, by zabrać rowery i na nich pojechać do Krakowa.

Na dworcu w Krakowie dowiedzieliśmy się jednak, że z powodu braku wagonów pracownicy Żupy Solnej pojechali samochodami w stronę Bochni. Nie przypuszczałam wtedy, że los rozdzieli mnie z matką na długo. Puściliśmy się w drogę na rowerach w nadziei, że odnajdziemy ewakuowanych.

W Bochni po raz pierwszy widziałam bombowce niemieckie, lecące wysoko. Wyglądały jak złowrogie ptaki.

Bomby padały gęsto na miasto. Skryliśmy się z ojcem pod murem otaczającym jakiś ogród. Przewieszały się przezeń gęsto gałęzie drzew, co tworzyło jak gdyby baldachim, który chronił nas trochę przed pyłem i gruzem z walących się domów. Dygotałam ze strachu, ale aby czymś zająć uwagę, poprzez gałęzie próbowałam rachować samoloty. Naliczyłam ich około pięćdziesięciu.

Szosy prowadzące na wschód były zatłoczone ludźmi, wozami i samochodami. Gdy dawał się słyszeć warkot lotniczych motorów, kto mógł, uciekał z szosy w pola i rowy. Samoloty niemieckie zbliżały się z błyskawiczną szybkością, pikowały nad większymi skupiskami ludzi i strzelały do nich z karabinów maszynowych. Drogi zaścielały trupy.

W tych warunkach, ciągle kryjąc się, nocując byle gdzie, jedząc wyproszony chleb, jechaliśmy we wschodnim kierunku.

W województwie tarnopolskim mieszkał wuj mego ojca. Do niego to chcieliśmy dotrzeć. Tak daleka droga wyczerpywała mnie. Najbardziej utrwaliła mi się w pamięci jedna noc, gdy prowadziliśmy rowery przez straszne piachy, nie mogąc dotrzeć do wsi. Już w końcowym etapie spotkaliśmy oddziały wojsk rosyjskich i wreszcie dotarliśmy do celu, do wsi Uwisła.

Po przywitaniu się z wujem pragnęłam tylko jednego: spać. Tej nocy jednak jeszcze nie mogłam odpocząć. Ludność ukraińska ucieszona nadejściem Armii Radzieckiej zaczęła strzelaninę na wiwat. Nie wiedzieliśmy, co się dzieje, i kryliśmy się w ogrodzie przez całą noc. Rano wszystko ucichło. Rosjanie zaprowadzili porządek i ład.

U wuja spędziliśmy kilka miesięcy. Zaczęłam chodzić do oddalonego o trzy kilometry miasteczka Chorostków do szkoły. Językiem wykładowym tam był ukraiński. Nauczyłam się go bardzo prędko, ale czytanie i pisanie szło mi ciężko. W klasie panowała jednak atmosfera nadzwyczajnego koleżeństwa, toteż inne uczennice czytały mi zadaną lekcję, a ja starałam się ją zapamiętać, by móc powtórzyć. W lecie pracowałam u ogrodnika przy podwiązywaniu pomidorów. Ciężko mi było. Buty już się zdarły, a spieczone grudki ziemi gniotły bose stopy. Trudno jednak żyć u kogoś, choćby i u rodziny, na łaskawym chlebie. Ojciec więc starał się wszędzie o pracę. Nareszcie został chemikiem w gorzelni w okolicach Sarn. Przenieśliśmy się tam.

Wiele osób pochodzących z centralnej Polski wróciło w owym czasie do tak zwanej Generalnej Guberni. Ojciec nawet o tym nie chciał słyszeć. Wiedział, czego się można spodziewać po Niemcach, i bał się o mnie. Pod Sarnami mieszkałam do chwili napaści Niemców na Związek Radziecki. Chodziłam tam też do szkoły oddalonej o dwa kilometry. Było nas w klasie dwie Polki.

Przed samym wkroczeniem Niemców na te tereny miałam okropne przeżycie. Obok gorzelni był magazyn ze spirytusem. Ludność miejscowa, nie chcąc zostawić najeźdźcy tych zapasów, zaczęła wiadrami nosić spirytus ze zbiorników do domów. Rozlewał się na ziemię i na ubranie. Było go dużo. I wtedy stało się nieszczęście. Nastąpił wybuch. Cały magazyn stanął w płomieniach. Wtedy zobaczyłam chodzące, płonące żywe pochodnie ludzkie. Niektórzy znajdujący się w drzwiach lub całkiem na zewnątrz zdołali uskoczyć, ale ubranie nasiąknięte spirytusem paliło się błyskawicznie. Ludzie tarzali się w kałużach wody deszczowej chcąc ugasić na sobie ogień. Wielu, nie tracąc przytomności umysłu, rozbierało się do naga. Ciała były jednak już poparzone i włosy tliły się przy skórze.

Stałam jak skamieniała, z szeroko otwartymi oczami, i patrzyłam z odległości kilku metrów na ten straszny widok. Ojciec potem mówił, że wyglądałam okropnie. Nie było chyba we wsi chaty, z której by ktoś wtedy nie zginął. Przez kilka dni jeszcze znajdowano popalone ciała w różnych rowach, zakamarkach i zbożach. Wszystkie ofiary wybuchu pochowano w jednej zbiorowej mogile. Straszny to był pogrzeb. Cała wieś szła na cmentarz z płaczem.

Kiedy Niemcy zajęli okolicę Sarn, postanowiliśmy z ojcem wrócić do Krakowa. Nie było to łatwe, gdyż nie mieliśmy pieniędzy. Ale akurat spotkaliśmy mego stryja, zabłąkanego w tych stronach podczas działań wojennych. Ojciec wraz ze swym bratem zmajstrowali mały ręczny wózek, na który spakowaliśmy nasz skromny dobytek, i na piechotę udaliśmy się w stronę Lwowa.

Szłam z trwogą. Pomimo tęsknoty za matką, z Ukrainy wyniosłam wspomnienia chwil przyjemnych.

W zimowe wieczory zbierały się dziewczęta i kobiety to w tej, to w owej chacie, by prząść cienkie, równiutkie nici na wrzecionie. Uczyłam się i ja tej niełatwej sztuki. Przy pracy śpiewałyśmy ukraińskie i rosyjskie pieśni, tak piękne, że do dziś przepadam za tymi melodiami. Teraz Ukraina pozostawała za mną. Co mnie spotka?

Droga nie była łatwa. Przede wszystkim trzeba się było starać o żywność i noclegi. Przyłączyła się do nas jeszcze jedna kobieta. Ojciec ze stryjem ciągnęli wózek, a my we wsiach prosiłyśmy o chleb. Czasem wróżyłyśmy z kart, by zdobyć pożywienie. Plotłam nieraz jak Cyganka, co mi ślina na język przyniosła. Za wróżbę dostawałam jajka, mleko lub chleb. Częściej wróżyła nasza współtowarzyszka podróży, ja natomiast zbierałam trochę wiadomości o tej lub innej gospodyni, żeby wróżba wypadła prawdopodobniej.

Dotarliśmy do Lwowa. Tu cudem jakimś dostaliśmy pokoik w hotelu.

Po paru dniach zobaczyłam transport radzieckich jeńców wojennych, konwojowanych przez Niemców. Widok był wstrząsający. Rosjanom nie zapewniono zaspokojenia elementarnych ludzkich potrzeb. Byli wynędzniali, zawszeni i chorzy — w znacznej części na tyfus brzuszny oraz plamisty.

Po wielkich staraniach otrzymaliśmy przepustkę do Generalnej Guberni i pociągiem wróciliśmy do Krakowa. Już na drugi dzień okazało się, że zaraziłam się tyfusem. Po powrocie do Wieliczki położyłam się do łóżka i przeleżałam dwa miesiące.

Rychło musieliśmy ruszać na dalszą tułaczkę, gdyż w Wieliczce Niemcy obsadzili posady w Żupie Solnej swymi ludźmi. Ojciec wystarał się o pracę chemika w prywatnej fabryce papieru w Warszawie na Woli u Franaszka. Pensja jego wynosiła około trzystu złotych miesięcznie, to jest tyle, ile właściciel fabryki wydawał na papierosy dla siebie i swoich gości. Przystąpiłam i ja do pracy w tejże fabryce przy zwijaniu błon do aparatów fotograficznych, nie tylko dla zarobku, ale i dla ochrony przed wywiezieniem na roboty przymusowe do Niemiec. Groziło mi to, ponieważ miałam już szesnaście lat.

Po południu uczęszczałam na kursy handlowe, rzekomo jednoroczne. W rzeczywistości było to tajne gimnazjum czteroklasowe, a każdy uczeń z drugiej, trzeciej czy czwartej klasy ciągle dostawał świadectwo z jednorocznych kursów handlowych, pisane po polsku i po niemiecku.

Na ulicach Warszawy szalał okupant. Przechodzień nigdy nie mógł być pewny, czy nie zostanie złapany i wywieziony do Rzeszy lub co gorsza — rozstrzelany jako zakładnik. To na tej, to na innej ulicy hitlerowcy rozstrzeliwali ludzi z zakneblowanymi gipsem ustami. Potem, wrzuciwszy ciała na samochód, odjeżdżali. Wtedy ludność Warszawy zasypywała miejsce stracenia kwiatami. Ale i za to groziły ostre represje.

Cierpieliśmy coraz większy głód. Deputaty były skąpe i czasem nie do użytku, chleb ze stęchłej mąki i trocin.

Czytany 347 razy