poniedziałek, 16 wrzesień 2019 11:33

80. rocznica wybuchu II wojny światowej - XII część

Wrzesień 1939 roku w pamiętnikach chłopskich

 

W tym roku mija 80. rocznica wybuchu II wojny światowej. Bogactwo pamiętników, zwłaszcza napisanych przez mieszkańców wsi, zgromadzonych w Centralnej Bibliotece Rolniczej skłoniło nas do uczczenia tej rocznicy poprzez publikacje, w odcinkach, fragmentów pamiętników opisujących wybuch wojny i pierwsze miesiące jej trwania.

 

Pamiętniki od dawna mają wielki urok i są wysoko cenione przez czytelników i historyków. Dają możliwość niemal bezpośredniego obcowania duchowego z ludźmi, poznawania ich myśli i opinii, a także zwierzeń o nich samych. Pozwalają czytelnikowi nie tylko poznać przeszłość, ale także wczuć się w wydarzenia opisywane przez naocznych świadków. W kolejnym odcinku publikujemy fragment pamiętnika Wiktora Olasza “Z moich wspomnień” zamieszczonego w cyklu Wspomnienia chłopów z lat 1939-1945, tom Niewolniczy chleb, wydawnictwo Książka i Wiedza, 1969.

 

 

Wiktor Olasz

Z moich wspomnień

1 września 1939 roku zastał mnie we wsi Białośliwie, niedaleko granicy niemieckiej. W nocy pracowałem jak zwykle w piekarni Stankiewicza. Przez cały czas krążył nad nami samolot. Było to niepokojące. Gdy wyszedłem rano na ulicę, widok, jaki ujrzałem, przestraszył mnie. Pełno uciekinierów pieszo i różnymi pojazdami całą kolumną posuwało się w stronę Noteci, na Szamocin. Okazało się, że w sąsiednim miasteczku Wysoka są już Niemcy. Nagle powietrzem targnął straszliwy wybuch — to wysadzono most na Noteci. W każdej chwili mógł nadejść nieprzyjaciel. Przebrałem się szybko, wskoczyłem na rower i ruszyłem w stronę nie znanego mi lasu.

Przez Noteć przeprawiliśmy się tratwą i już zwartą grupą minęliśmy Szamocin, udając się na Margonin. We wszystkich mijanych miejscowościach ten sam obraz — niesamowity popłoch. Z Margonina zapamiętałem jeszcze tragiczne widowisko: jakaś kobieta ciągnęła ślepca, może swego męża, krzycząc wniebogłosy:

— Ludzie, ratujcie niewidomego przed Niemcami!

W Margoninie też ujrzeliśmy afisze zawiadamiające o wojnie, a zaczynające się od słów: „Nocy dzisiejszej odwieczny wróg Polski...” W Wągrowcu obok tamtych były nowe: „Armia nasza wyszła na spotkanie wroga...” Z Wągrowca zdążaliśmy do Gniezna.

Nazajutrz, już w mniejszym gronie, wyruszyliśmy na Inowrocław. Po drodze, gdzieś pod Mogilnem, poczęstowano nas bombami, ale nastrój jeszcze był dobry. W Inowrocławiu pierwsze swe kroki skierowaliśmy do komendy wojskowej, prosząc o wcielenie do wojska. Lawirowano z odpowiedzią, a w końcu kategorycznie oświadczono, że tu nas nie przyjmą.

„Cóż więc robić? Jak to jest z wojną, że nawet nie potrzeba żołnierzy, którzy sami się zgłaszają, dobrowolnie?” — takie pytania zadawałem sobie.

W Inowrocławiu przeżyłem ciężkie naloty. Obserwowałem walki powietrzne i podziwiałem brawurę naszych lotników. Kryłem się przed bombami na cmentarzu.

Kiedy nadeszła wieść, że Bydgoszcz padła — wyjechaliśmy w kierunku Kruszwicy. Chcieliśmy się dostać do Warszawy. Liczyliśmy na to, że tam przyjmą nas do wojska.

Tego dnia pod wieczór zbliżałem się do Piotrkowa Kujawskiego. Nie wiedziałem, że w tym miasteczku przeżyję tragiczne nieporozumienie, które mogło się dla mnie fatalnie skończyć.

Znalazłszy się w Piotrkowie, zacząłem szukać noclegu. Napotkany chłopiec poinformował mnie, że najłatwiej zakwateruję się za miastem. Usłuchałem tej rady, ale gdy znalazłem się na wskazanym podwórzu, rzuciła mi się w oczy tabliczka przy wozie, a na niej wypisane imię i nazwisko: Emil Lidtke. Pomyślałem sobie, że to chyba Niemiec, ale cóż szkodzi, jeśli Niemiec zamieszkały w Polsce odczuje trochę ciężar wojny wywołanej w dodatku przez jego pobratymców. Gospodarz przyjął mnie uprzejmie i po nakarmieniu wskazał wcale znośne legowisko w zasieku. Zmęczony wędrówką, spałem długo. Obudziwszy się, zaszedłem do domu, ale nie zastałem tam nikogo. Gdy tak czekałem na jakąś żywą duszę, wpadł mały chłopiec i zawołał:

— Wojsko przyszło i robi rewizję!

Wyszedłem na dwór i zobaczyłem około dwudziestu żołnierzy. Na mój widok krzyknęli:

— Ręce do góry, ręce do góry!

Uniosłem ręce i podszedłem do nich. Jeden zażądał dokumentów, przejrzał je, a potem drwiąco powiedział:

— Ale macie ładnie podrobione papiery. Tylko jednego wam nie zdołali przekabacić, żeście rodzili się w Niemczech.

Gdy mu próbowałem wyjaśnić, że Polakowi może się zdarzyć urodzić w Niemczech, wpadł w niesamowitą furię. Uderzył mnie z rozmachem w twarz i wykrzyknął:

— Ty szpiclu hitlerowski!

A otaczającym żołnierzom rozkazał:

— Bagnet na broń!

W oka mgnieniu znalazłem się w kolisku najeżonych bagnetów, że ani ruszyć się mogłem. Za chwilę przyprowadzono żonę gospodarza i dowódca polecił odprowadzić nas na sąd połowy. Gdy zbliżyliśmy się do miasteczka, rozgorączkowany tłum rzeczywiście wziął mnie za dywersanta, szpiega niemieckiego. Ludzie krzyczeli:

— Pasy z nich drzeć!

A jakaś kobieta żądała, by nas wydać w ich ręce.

— Już my będziemy wiedzieli, co z nimi zrobić! — wołała.

Zaczęto rzucać w nas kamieniami. Tłum uspokoił się dopiero, gdy jeden z żołnierzy eskorty wystrzelił w powietrze na postrach.

Zamknięto nas w piwnicy szkolnego budynku. Szykowałem się na najgorsze, a więziona ze mną Niemka istotnie chyba uwierzyła, że jestem dywersantem i że „przeklęty Hitler przysłał mnie na ich zgubę”. W żaden sposób nie mogłem wytłumaczyć jej, że jesteśmy ofiarami przypadku.

— Sam diabeł z piekła sprowadził pana do nas! — wołała. Przestałem reagować na jej krzyki i myślałem o tym, w jaką to beznadziejną sytuację się wpakowałem. Bałem się, że tak młodo przyjdzie mi ginąć, i to od swoich.

Rano wyprowadzono nas na dziedziniec szkolny, gdzie stał już odszukany w tym czasie Lidtke. Teraz w trójkę pod eskortą poszliśmy na sąd, który już zebrał się na posterunku policji. Znowu otaczał nas tłum rozhisteryzowanych ludzi. Szedłem jak na ścięcie, bo kto mógł zaświadczyć za mną. Ale już obmyśliłem sobie sposób obrony. Sąd składał się z trzech oficerów. Przewodniczący przesłuchał najpierw małżeństwo niemieckie, które miało sporo obrońców spośród sąsiadów, w przeciwieństwie do mnie, którego nikt tu nie znał.

Pada pytanie do Niemki:

— Dlaczego pani uciekła przez okno, gdy żołnierze polscy weszli do mieszkania?

— Słyszałam, że Polacy wszystkich Niemców mordują.

Na to rzeczowo zareplikował przewodniczący sądu:

— Nie trzeba nas się bać. My nie jesteśmy hitlerowcami. To oni mordują Polaków. Nasze biedne dzieci są o każdej porze dnia zabijane przez waszych lotników. Najlepszy dowód naszego postępowania to choćby to, że stoicie przed sądem polskim, który was uwalnia, bo nie znajduje w tym żadnej winy, że jesteście Niemcami.

Lidtkowie opuścili salę, otoczeni polskimi przyjaciółmi. Teraz sędzia zajął się mną. Zwrócił się do żołnierzy i zażądał przekonywającego dowodu mojej winy.

— To, co przedstawiliście, to za mało — stwierdził.

Udzielono mi głosu. Opowiedziałem swoje ostatnie przeżycia.

— Jestem chłopcem ze wsi pomorskiej — zakończyłem — Polakiem urodzonym w Niemczech, dokąd ojciec mój wyjechał w poszukiwaniu pracy. Powtarzam w obliczu sądu raz jeszcze, że zgłaszałem się do wojska, ale mnie nie przyjęto. Nie mam więcej nic do powiedzenia.

Wtedy przewodniczący podał do wiadomości, że sąd wojenny uważa się za niekompetentny do prowadzenia tej sprawy i oddaje ją do postępowania cywilnego.

Czterech policjantów zaprowadziło mnie do więzienia. Rzuciłem się na pryczę w celi, żeby wyprostować zmęczone ciało. Przyszła długa noc, której nie mogłem przespać.

Drugiego dnia do mojej celi wepchnięto dwóch opryszków z zakładu poprawczego w Koźminie, których ewakuowano przed nacierającymi Niemcami. Obaj pochodzili z Piotrkowa, toteż raz po raz ktoś z rodziny podrzucał im żywność. Kapnęło coś z tego i dla mnie. Nabierałem już zaufania do nowo poznanych, kiedy piątego dnia pobytu z nimi przyszło gorzkie rozczarowanie. Kiedy po wstaniu z pryczy rozprostowałem kości, stwierdziłem brak wszystkich pieniędzy, jakie posiadałem. Było tego blisko pięćdziesiąt złotych. Obruszyłem się do żywego, wymawiając im podłość. Na moje wymówki obrzucili mnie stekiem wyzwisk. A jeden mnie uderzył. Chwyciłem go za gardło, aż mu oczy z orbit wyszły. Wtedy drugi zaczął błagać, abym go puścił. Zrobiłem to pod warunkiem, że odtąd pod moimi rozkazami spróbujemy się wspólnie wyłamać z więzienia. Żelaznym prętem z pryczy uderzyłem w ciężkie drzwi celi. Na efekt tego hałasu nie trzeba było długo czekać. Zawołano strażnika, który nadbiegł krzycząc:

— Nie walcie! Nie walcie, ja wam otworzę!

I rzeczywiście przekręcił klucz w drzwiach, mówiąc:

— Idźcie, gdzie chcecie.

Osłupiałem ze zdziwienia. Gdzie mam iść? Chyba na posterunek, bo tam mają moje dokumenty, no i rower. Przechodnie wskazali mi drogę. Kiedy stanąłem w drzwiach, znajdujący się za stołem komendant zatrząsł się, jakby zobaczył samego diabła.

— Panie! — zawołał — mógł pan być dawno już wolny, myśmy tylko zapomnieli o panu.

— Oby panu nie przyszło kiedyś w życiu przeżywać tego, co ja przeżyłem! — odpowiedziałem. — Gdzie moje dokumenty? Gdzie rower? — Podał mi moją teczkę, a co do roweru to rozłożył bezradnie ręce mówiąc:

— Panie, wojsko zdążające na front zabrało go, idź pan naprzeciwko, tam jest Polski Czerwony Krzyż, dadzą panu jeść.

Poszedłem do PCK, gdyż głód dokuczał niemożliwie, ale tam, jak się miało pieniądze, to można było sobie podjeść, a jak się nie miało, to był tylko suchy chleb i czarna kawa. Siadłem w kąciku i zacząłem to jeść. Szybko otoczyli mnie moi rówieśnicy — chłopcy z Piotrkowa. Dopytywali się, co mnie tu sprowadziło. Powiedziałem im tylko, że jestem uciekinierem z zajętych przez Niemców terenów. Chłopcy, bardzo sympatyczni, wysupłali ze swych kieszeni jakieś grosiki i zakupili dla mnie o wiele lepszy posiłek. Sytuacja była o tyle komiczna, że moi nowi przyjaciele ze szczegółami opowiedzieli mi o ostatnich wydarzeniach w miasteczku, jak to schwytano niebezpiecznego szpiega hitlerowskiego u Lidtkego. Dowiedziałem się od nich, że zostałem rozstrzelany.

Jeszcze tej nocy wyszedłem z Piotrkowa. Wałęsałem się — jeżeli można to tak określić — z przysiółka do przysiółka, uciekając przed nacierającym frontem. W końcu trafiłem do Kłodawy i tam nareszcie udało mi się wstąpić ochotniczo do wojska polskiego. Pod gradem bomb maszerowaliśmy do Warszawy. Szliśmy przez Kutno, przez pełny trupów Gąbin. Przeleżałem za parkanem cmentarnym straszliwy nalot hitlerowskich powietrznych piratów. Minęliśmy Żychlin, a już pod Iłowem ani kroku dalej. Tu huraganowy ogień krzyżował się nad naszymi głowami z twierdzy Modlin na otaczającego nas nieprzyjaciela, a od wroga znowu na Modlin. W tej szachownicy bojów uczestniczyłem i ja, lecz sprawa już była przesądzona.

Drogami prowadzącymi na Iłów poszły z białymi płachtami nasze wojska do niewoli. Ja nie chciałem się poddać wrogowi. We dwójkę z kolegą udało nam się wyśliznąć z okrążenia.

Droga powrotna prowadziła przez Piotrków Kujawski. Postanowiłem odwiedzić Lidtków. Ale oni nie chcieli zadawać się teraz z Polakiem. Lidtke, którego żona tak wymyślała przy mnie na Hitlera, był burmistrzem. Żeby się mnie pozbyć, pospiesznie wydał mi jakieś zaświadczenie i bilet kolejowy do domu. Z Piotrkowa przez Inowrocław przyjechałem do Bydgoszczy, gdzie zastała mnie godzina policyjna. Nie zdawałem sobie sprawy, że w tym mieście bestie hitlerowskie stosują straszliwe represje wobec pokonanych Polaków. Bydgoszcz była prawie że wyludniona, a po ulicach krążyły uzbrojone patrole żandarmów. Pociągi przywoziły coraz to nowe falangi zwycięzców dla poskromienia rdzennej ludności polskiej.

Kiedy tak krążyłem pogrążony w smutnych myślach po ulicach, zagadnęła mnie po niemiecku jakaś staruszka — przekupka warzyw i owoców:

— Czy pan Polak?

Odpowiedziałem twierdząco, a ona na to już po polsku:

— Panie, masz pan szczęście, żeś nie wpadł jeszcze w łapy Niemców. Wszystkich Polaków aresztują. Moich dwóch synów wczoraj zabrali. Jeżeli idziesz pan na Mroczę, to niech pan popycha wózek z tyłu, a na przodzie będę ja. A jak zatrzymają nas niemieckie posterunki, to ja powiem, żeś pan mój syn, i poczęstuję żołnierzy jabłkami. Może się uda.

Skwapliwie przystałem na tę propozycję. Kiedy mijaliśmy wartę na kanale, zatrzymało nas ostre: „Halt!” Staruszka pogrzebała w wózku, wyciągnęła kilka jabłek, podeszła z nimi do wartowników — i jakoś nas przepuścili.

Do domu dostałem się dobrze po północy. Niepokoiłem się, czy wszyscy żyją. Całe szczęście, zastałem rodzinę zdrową i całą. Oni też dopiero wczoraj wrócili z tułaczki wojennej. Gospodarstwo nasze przedstawiało obraz zniszczenia i ogołocenia. Tymczasem już rozlepiano groźne ogłoszenia. Pod karą śmierci każdy ma się zameldować, każdy ma złożyć broń. Już słychać o masowych rozstrzeliwaniach ludności polskiej w pobliskim miasteczku. W kilka dni po moim przybyciu w godzinach popołudniowych bicie dzwonów we wszystkich kościołach oznajmiło najokrutniejszą rzeczywistość: serce Polski, Warszawa — padła.

We wsi naszej, jako pochodzącej świeżo z parcelacji niemieckiego majątku, byli z jednym tylko wyjątkiem rdzenni Polacy, ale za to w okolicy zamieszkiwało sporo kolonistów niemieckich, przeważnie bardzo bogatych. Zaraz za naszą miedzą znajdował się majątek Jadwigowo, stanowiący własność von Papsteina, z którym przed wojną utrzymywaliśmy dość dobre stosunki. Mówił zawsze po polsku, ba, był nawet oficerem w polskim wojsku. Nie spodziewaliśmy się po nim niczego złego.

Powrócił niedługo, ale już w mundurze niemieckiego oficera. Z miejsca zawołał do siebie wszystkich Polaków i urągając nam od najgorszych, zapędził do darmowych robót w swoim majątku.

Jedyny Niemiec, który zamieszkiwał w naszej wsi, nazywał się Braun. Syn jego pasł przed wojną owce von Papsteina. Teraz ta łachudra przywdziała esesmański mundur i jako prawa ręka von Papsteina przyczepiła się do mnie. Dowiedział się skądś, że ja przed wojną pisałem do gazet. Przeprowadził dochodzenie, czy czasem nie do „Dziennika Bydgoskiego”. Szczęściem nie byłem korespondentem tej gazety, ale, uprzedzony o mającej nastąpić rewizji, spaliłem cenne dla mnie jako pamiątka materiały. Dym z naszego komina walił chyba jak nigdy, a ja wpychałem do ognia te papiery, które kiedyś tak pieczołowicie zbierałem. Kiedy przyjechała policja, nie zastała nic podejrzanego.

Czytany 369 razy