piątek, 13 wrzesień 2019 12:53

80. rocznica wybuchu II wojny światowej - XI część

Wrzesień 1939 roku w pamiętnikach chłopskich

 

W tym roku mija 80. rocznica wybuchu II wojny światowej. Bogactwo pamiętników, zwłaszcza napisanych przez mieszkańców wsi, zgromadzonych w Centralnej Bibliotece Rolniczej skłoniło nas do uczczenia tej rocznicy poprzez publikacje, w odcinkach, fragmentów pamiętników opisujących wybuch wojny i pierwsze miesiące jej trwania.

 

Pamiętniki od dawna mają wielki urok i są wysoko cenione przez czytelników i historyków. Dają możliwość niemal bezpośredniego obcowania duchowego z ludźmi, poznawania ich myśli i opinii, a także zwierzeń o nich samych. Pozwalają czytelnikowi nie tylko poznać przeszłość, ale także wczuć się w wydarzenia opisywane przez naocznych świadków. W kolejnym odcinku publikujemy fragment pamiętnika Bolesława Paszkowskiego “Wojna, niewola i pierwsze dni wolności” zamieszczonego w cyklu Wspomnienia chłopów z lat 1939-1945, tom Niewolniczy chleb, wydawnictwo Książka i Wiedza, 1969.

 

 

Bolesław Paszkowski

Wojna, niewola i pierwsze dni wolności

Poranek 1 września pozornie niczym się nie różnił od dni poprzednich, ale zamiast nabojów ćwiczebnych otrzymaliśmy ostrą amunicję. Mnie zaopatrzyli w nowoczesną broń przeciwpancerną, owiniętą szczelnie kocem, by nie zdradzić tajemnicy wojskowej. Z postoju ruszyliśmy z miejsca marszem ubezpieczonym w kierunku toru kolejowego, na którym nasz batalion zajął stanowisko obronne. Wkrótce wywiązała się straszna strzelanina. Nasza ósma kompania dostała rozkaz rozsypania się w tyralierę i zajęcia stanowisk ogniowych. Ja ustawiłem swój przeciwpancerny karabin na nóżkach, odbezpieczyłem go i obserwowałem przedpole. Nad lasem ukazał się nieprzyjacielski samolot obserwacyjny. Bez żadnych przeszkód zbadał on nasze siły i odleciał w kierunku swoich. Po chwili hitlerowska artyleria zasypała nas gradem pocisków. Wycofano w pośpiechu na zaplecze resztki siódmej kompanii i konny zwiad. Po chwili na przedpolu ukazały się niemieckie czołgi. Jeden z nich jechał wprost na mnie. Miałem okazję wypróbować swój nowoczesny karabin przeciwpancerny. Wycelowałem dokładnie w sam środek czołgu i czekałem, żeby zbliżył się na pożądaną odległość. W tym czasie jednak dostaliśmy rozkaz wycofania. Moi sąsiedzi z lewej i z prawej strony, z ósmej i dziewiątej kompanii, opuścili już swoje stanowiska. Wziąłem swój karabin na plecy i pobiegłem śladami współtowarzyszy. Okazało się, że nasz batalion i duża gromada rozbitków z różnych formacji zostały okrążone i odcięte od reszty kraju. Pod wieczór, kiedy wszyscy zebrali się w jednym miejscu, utworzyła się niemała siła. Nasi dowódcy postanowili wyrwać się z okrążenia. Zaledwie jednak ruszyliśmy, ze wszystkich stron zagrały hitlerowskie karabiny maszynowe. Próbowaliśmy przebić się choćby nawet walcząc wręcz, czego hitlerowcy obawiali się. Z głośnym okrzykiem „hura” ruszyliśmy na pozycje karabinów, jednak nasz atak załamał się. Oficerowie próbowali jeszcze raz zebrać rozsypane po lesie oddziały i znów uderzyć, teraz w innym kierunku. Ale i tym razem nie przyniosło to rezultatu. Próby ponawialiśmy kilkakrotnie i na drugi dzień, ale hitlerowcy przygniatali nas swoim ogniem do ziemi.

W ciągu dnia zmienialiśmy kilka razy miejsce postoju w lesie, ale hitlerowcy za każdym razem nas wymacywali i celnie ostrzeliwali z dużych granatników czy może z jakiejś innej, nie znanej mi broni. Po którymś z kolei ostrzale oddział nasz poszedł w rozsypkę, sporo kolegów zostało zabitych i rannych i w pewnym momencie spostrzegłem, że w pobliżu mnie nie ma nikogo ze swoich.

Po pewnym czasie natknąłem się w lesie na drugiego kolegę z naszego oddziału. Postanowiliśmy wydostać się z okrążenia we dwójkę albo pojedynczo. Chodziło o to, aby przerwać się przez pierścień karabinów maszynowych. Liczyliśmy, że za nim mogą się znajdować jeszcze jakieś większe polskie oddziały albo teren przez hitlerowców nie opanowany całkowicie.

Skierowaliśmy się wprost na jeden ze szczekających bez przerwy karabinów maszynowych. Mieliśmy podejść do niego niepostrzeżenie jak najbliżej, potem okrążyć go i przerwą między nim a sąsiadującym wydostać się na zaplecze. Po drodze uwolniłem się od swojego przeciwczołgowego karabinu, kryjąc go głęboko w mech, a zaopatrzyłem się w zwykły, porzucony przez kogoś. Ten mój przeciwpancerny był bardzo ciężki, ważył około dziewięciu kilogramów, miał chyba dwa metry długości, toteż bardzo utrudniał marsz, a tym bardziej bieg między wrogimi stanowiskami. Po przejściu jakiejś rzeczki dotarliśmy na brzeg lasu. Zaczęło świtać. Żeby obejść karabin maszynowy, skręciliśmy brzegiem lasu w prawo i natknęliśmy się na kolumnę czołgów, ukrytych w zaroślach. Na szczęście ich obsługa nie zauważyła nas, bo wśród drzew było jeszcze dość ciemno. Cofnęliśmy się nieco w głąb i w innym miejscu, czołgając się, wydostaliśmy się z tego przeklętego lasu.

Skierowaliśmy się w stronę niedalekiej wioski. Chcieliśmy zaopatrzyć się w żywność, bo głód zaczął nam dokuczać. Ale oprócz owoców nic nie zdobyliśmy, ponieważ wioska była zniszczona przez działania wojenne, a jej mieszkańcy gdzieś z niej uciekli. Stamtąd udaliśmy się do następnego lasu, gdzie postanowiliśmy odpocząć. Ale i tu nie było spokoju: leśnym traktem jechała kolumna niemieckich czołgów. Ukryci w krzakach oglądaliśmy ją z bezsilną złością z odległości dwudziestu metrów. Czołgiści nie zachowywali środków ostrożności, rozmawiali ze sobą, śmieli się głośno, jakby jechali na wczasy. Było mi bardzo przykro, że nie jesteśmy dość silni, ażeby zabronić szwabom tego swobodnego hasania po naszej ziemi.

Po przejeździe kolumny ruszyliśmy w głąb lasu. Po drodze znaleźliśmy porzucone przez polskich oficerów mapy. Wiedzieli oni, że hitlerowcy oficerów zabijali za to, że byli oficerami, a jeśli się pozbyli munduru, rozpoznawali ich po wyposażeniu, w skład którego wchodziły mapy, więc oficerowie się ich pozbywali. My też nie chcieliśmy pośmiertnie „awansować”, więc woleliśmy ich nie zabierać, choć przydałyby się nam w tej tułaczce po lasach.

Następnego dnia wypadło nam przejść pewien odcinek drogi przez pola. Ledwo przebyliśmy z pół kilometra, posłyszeliśmy gwizd pocisków i szczekanie karabinu maszynowego. Dalszą drogę usiłował przeciąć nam nadjeżdżający z lewej strony czołg, a z lasu, który przed chwilą opuściliśmy, sypały się serie. Ponieważ teren był dość nierówny, czołg nie mógł jechać zbyt szybko, również strzały jego nie były celne i dzięki temu, klucząc między wzgórkami i dołkami, zdołaliśmy dopaść lasu.

W takich warunkach spędziliśmy parę dni, klucząc, jak nam się wydawało, w kółko, bo gdzie tylko dotarliśmy, wszędzie spotykaliśmy bliźniaczo do siebie podobne pobojowiska.

W pewnej chwili usłyszeliśmy zawziętą strzelaninę. Wstąpiła w nas nadzieja, że to jakieś polskie oddziały podjęły kontrofensywę. Postanowiliśmy za wszelką cenę dołączyć do nich. Przekradając się przez krzaki, dotarliśmy do wzgórza, zza którego doszły nas owe odgłosy. Z jego szczytu zauważyliśmy na szosie pod lasem długą kolumnę wojskową. Chciałem się natychmiast wycofać, bo kolumna wyglądała na hitlerowską, ale kolega twierdził, że to wojsko polskie. Spór nasz rozstrzygnęli Niemcy. Zauważyli nas i wysłali motocyklem trzech ludzi. Za późno było na ucieczkę. Wspomniawszy słowa naszych oficerów, żeby żywcem nie oddawać się do niewoli, chciałem podjąć samobójczą walkę, ale kolega przekonał mnie, że nasza śmierć byłaby w tych warunkach pustym gestem, który niczego nie zmieni.

Motocykliści dopadli nas, zanim dobiegliśmy do pobliskich zarośli. Usłyszeliśmy głośne: „Halt!” — i po chwili stanęło przed nami dwóch młodych hitlerowców z wycelowanymi w nas karabinami. Kazali nam rzucić na ziemię naszą broń, a potem jeden doskoczył do kolegi, drugi do mnie, zabrali nam bagnety, zrewidowali i kazali iść przed sobą.

Zaprowadzili nas do wioski. Tam spotkaliśmy kobiety, które przyglądały nam się ze współczuciem, ale i z jakimś wyrzutem. Nie śmiałem podnieść na nie oczu; rozumiałem że społeczeństwo utrzymuje żołnierzy po to, ażeby bronili kraju, a my poddaliśmy się cali i zdrowi. Chętnie bym się zapadł pod ziemię.

Hitlerowcy zaprowadzili nas na duże podwórko, gdzie już leżał spory stos wojskowego rynsztunku, i tam rozkazali nam rzucić także nasz. Gdym zdejmował pas, znów przypomniałem sobie słowa naszych oficerów. Do tego rzuciła mi się w oczy dość długa ściana obory: wyobraziłem sobie, że za chwilę mnie pod nią postawią i rozstrzelają. Lepiej już było zginąć w walce...

Ale hitlerowcy zaprowadzili nas do szkoły, w której było już dużo polskich jeńców. Tam wymyłem się i wyprałem sobie onucki. Miejscowa ludność, ryzykując życiem, starała się nam podrzucić trochę jedzenia. Ponieważ wieczorem przybyła nowa grupa wziętych do niewoli żołnierzy i w szkole zrobiło się za ciasno, przerzucono nas do owczarni w pobliskim folwarku. Tam chyba ktoś z administracji uprosił wartownika, żeby pozwolił poczęstować nas kiszonymi ogórkami. Postawiono przed nami całą beczkę. Jedliśmy łapczywie, choć kawałek chleba znaczyłby wtedy więcej niż kilka ogórków.

Pod wieczór przypędzili do nas jeszcze ze dwa tysiące jeńców. Teraz i ściany dworskiej owczarni stały się za ciasne. Hitlerowcy postanowili nas zgromadzić na polu, pod gołym niebem. Wyprowadzili nas na gościniec, gęsto otoczyli motocyklami i biegiem popędzili w nowe miejsce, gdzie stały dwie sterty słomy.

Gdy skręciliśmy z gościńca na pole, zauważyliśmy kopiących żołnierzy. Wydało nam się to wyrokiem śmierci. Przypuszczaliśmy, że tam będą nasze groby. Istotnie kilkudziesięciu jeńców hitlerowcy tej nocy zabili. Na razie jednak kazali nam przygotować sobie posłanie ze słomy w stertach. Obozowisko obstawili motocyklami i samochodami, oświetlając je reflektorami. Gdy się już wszyscy jako tako ułożyli, nad polem rozległ się gwar zmieszanych męskich głosów: jeńcy odmawiali wspólnie wieczorną modlitwę. Brzmiało to podobnie jak żabi chór w maju na mokradłach lub jak lament skrzywdzonych dzieci. Ja nie mogłem się modlić, byłem tak wyczerpany przeżyciami kilku ostatnich dni, że wszystko mi zobojętniało. W czasie tej zbiorowej modlitwy zasnąłem. Obudził mnie straszny jazgot kilku karabinów maszynowych, ludzkie krzyki i jęki. Obozowisko wyglądało jak piekło. Każdy starał się jak najgłębiej zakopać w słomę, ludzie popychali się nawzajem, tratowali, a tymczasem śmierć zbierała swoje żniwo.

Oczekując na „swoją” kulę, poczułem, że ktoś usiłuje zagrzebać się głębiej w słomę pode mną. Nagle jeniec ten zaczął głośno jęczeć, później coraz ciszej i ciszej, aż zupełnie ucichł. Nie ruszałem się i nawet nie przejąłem głębiej tym, co się z nim stało, bo spodziewałem się, że za chwilę taki sam los spotka i mnie, i pozostałych towarzyszy niedoli. Ale w pewnej chwili cekaemy zamilkły i nastała grobowa cisza, tak jakby wszyscy byli wybici.

Potem rozległ się gruby niemiecki głos, a tuż po nim głos polskiego sierżanta — tłumacza, ogłaszającego, że kto jest żywy i cały, niech wychodzi ze słomy. Na razie nikt się nie ruszał. Wspomniany sierżant powtórzył swoje wezwanie jeszcze dwa razy i zapewnił, że wartownicy już nie będą strzelać. Tylko nie trzeba uciekać. Tłumaczył, że strzelano właśnie dlatego, że Polacy chcieli rzekomo przedrzeć się przez kordon. Wyszliśmy w końcu ze stert. Kazano nam wszystkim usiąść na ziemi i nie podnosić się aż do rana. Sierżant tłumaczył nam, że Niemcy wyślą nas na roboty do Rzeszy, będą nam płacić i będziemy mogli pisać listy do rodzin.

Rano zabrano spośród nas Żydów. Hitlerowcy kazali im wykopać dół i następnie poznosić do niego wszystkich zabitych. Było ich siedemdziesięciu dwóch. Przeszło stu rannych załadowano na ciężarówki, podobno, aby zawieźć do szpitala.

Nas hitlerowcy podzielili na oddziały i pognali do Niemiec.

Gdy tak maszerowaliśmy przez wioski, kobiety wypatrywały swoich mężów i synów; niektóre podawały nam chleb lub rzucały z daleka owoce. Głód dokuczał nam coraz bardziej, toteż kiedy przechodziliśmy między sadami, niektórzy wyskakiwali z szeregów, ażeby narwać jabłek. Hitlerowcy strzelali, ale to zgłodniałych nie powstrzymywało przed ryzykiem. Niektórym zresztą było wszystko jedno. Gdyśmy przechodzili jeszcze przez polskie ziemie, to hitlerowcy podrzucali nam brukiew i buraki, ale po wejściu na tereny niemieckie to już nie dawali nam niczego ruszyć.

Nie pamiętam już, w której miejscowości załadowali nas w kryte wagony, pakując, ile wejdzie. Mnie udało się zająć miejsce przy szczelinie pozostałej po zabitym deskami okienku, przez którą przechodziło trochę świeżego powietrza. Po zamknięciu drzwi w wagonie stało się ciasno i duszno. W czasie drogi wielu wymiotowało. Ledwo żywi dojechaliśmy do miejsca przeznaczenia. Po wyładowaniu z wagonów poprowadzili nas Niemcy piechotą do jakiegoś folwarku. Nie pozwolili nawet napić się wody, choć po trzech dniach gnębiło nas silne pragnienie. O jedzeniu to już nie było mowy, tylko każdy prosił pić i pić, ale hitlerowcy byli głusi na te wołania.

Na noc zapchali nami całą folwarczną oborę; gnietliśmy się tu podobnie jak w wagonach. Ludzie dosłownie leżeli jeden na drugim, brak powietrza doprowadzał niektórych do utraty przytomności.

Rano przyjechał samochód z chlebem. Rozdano po bochenku na trzech jeńców, a następnie pognano nas do wcześniej zbudowanego obozu. Były tam baraki i łaźnia. Cały lagier ogrodzono podwójnie drutem, a na czterech rogach stały wieżyczki, na których czuwali strażnicy z karabinami maszynowymi.

Po przydzieleniu baraków przeprowadzono rejestrację. Wyglądało to tak: na dużej sali za stołami siedzieli hitlerowcy prowadzący ewidencję, przed nimi stały długie ogonki Polaków-niewolników, a przy ścianie na ławach rząd polskich oficerów. Tam spotkałem kapitana Czeremkiewicza. Ten od razu zapytał mnie po cichu, com zrobił z tym fajnym karabinem przeciwpancernym, czy czasem nie oddałem Niemcom. Gdy powiedziałem, że go hitlerowcom nie oddałem, tylko ukryłem w lesie, bardzo się z tego ucieszył.

Po spisaniu ewidencji powróciliśmy do baraków. Od tej chwili zaczęto nas względnie regularnie odżywiać: rano kawa, na obiad zupa, wieczorem kawa. Kilka dni czekaliśmy na swoją kolejkę do łaźni i parowni.

Pewnego dnia zajechał do nas traktor z przyczepą. Niemcy załadowali nas pięćdziesięciu i zawieźli do folwarku. Przyjechaliśmy tam parę godzin przed wieczorem. Pobraliśmy sienniki i koce i udaliśmy się do przeznaczonej dla nas kwatery w budynku łączącym się z gorzelnią. Dzięki takiemu lokum mieliśmy codziennie gorącą wodę.

Pierwszy posiłek tutaj składał się z parowanych kartofli. Drugiego dnia na śniadanie otrzymaliśmy kaszę jęczmienną, z czego wszyscy byli bardzo zadowoleni, bo można było wreszcie najeść się do syta.

Zaczęła się ciężka praca na roli. Trzymałem się z trójką kolegów pochodzących z moich stron. Byli to: Kuzana, który znał trochę język niemiecki, Szewczysyn oraz Piluchowski. Ten był wysoki i tęgi, ale chorowity. Wszyscy bardzo boleliśmy nad jego zdrowiem i traktowaliśmy jak wojennego inwalidę.

Któregoś dnia szczęście uśmiechnęło się do nas. Pamiętam, jedliśmy akurat obiad, gdy do naszej budy wszedł wachman z zapytaniem, kto posiada taki a taki numer. Okazało się, że to chodziło o mnie. Na moje nazwisko przyszła paczka żywnościowa. Zdziwiłem się, bo dotąd z domu nie miałem listu nawet, a co mówić o paczce. Wachman kazał mi iść na dyżurkę. Paczka była w czarnym opakowaniu z obcymi pieczęciami i bardzo duża. Doczytać się niczego nie mogłem, bo wszystko było pisane w obcym języku. Niemcy zaczęli wypytywać, kto ja jestem, że taką drogą paczkę mi przysłano. Od tamtej pory to nawet miałem u nich pewne względy. Zapewne wzięli mnie za syna jakiegoś dziedzica lub wysokiego urzędnika, bo faszyści uważali tylko bogatych i możnych. A ta paczka tymczasem przyszła z Czerwonego Krzyża z Paryża. Podzieliłem jej zawartość między kolegów i okazało się, że słusznie. Na trzeci dzień bowiem otrzymałem list z Polskiego Czerwonego Krzyża, który mieścił się wtedy w Paryżu. Informowano w nim, że paczki żywnościowe są wysyłane na mój adres z prośbą o podzielenie ich zawartości między najbardziej potrzebujących jeńców. Proszono również o podanie innych adresów. Oddałem list do przeczytania wszystkim kolegom, spisaliśmy adresy i wysłali. Ale otrzymaliśmy już tylko trzy paczki, bo w tym czasie hitlerowcy zajęli Francję.

Pracowaliśmy od świtu do nocy i tak doczekaliśmy się zimy i Gwiazdki. Nawet ustroiliśmy drzewko, śpiewaliśmy kolędy, ale radości wielkiej nie było, bo przypominał się wszystkim wieczór wigilijny w gronie rodzinnym, przypominała się wolność i ojczyzna.

Czytany 207 razy