czwartek, 12 wrzesień 2019 10:54

80. rocznica wybuchu II wojny światowej - X część

Wrzesień 1939 roku w pamiętnikach chłopskich

 

W tym roku mija 80. rocznica wybuchu II wojny światowej. Bogactwo pamiętników, zwłaszcza napisanych przez mieszkańców wsi, zgromadzonych w Centralnej Bibliotece Rolniczej skłoniło nas do uczczenia tej rocznicy poprzez publikacje, w odcinkach, fragmentów pamiętników opisujących wybuch wojny i pierwsze miesiące jej trwania.

 

Pamiętniki od dawna mają wielki urok i są wysoko cenione przez czytelników i historyków. Dają możliwość niemal bezpośredniego obcowania duchowego z ludźmi, poznawania ich myśli i opinii, a także zwierzeń o nich samych. Pozwalają czytelnikowi nie tylko poznać przeszłość, ale także wczuć się w wydarzenia opisywane przez naocznych świadków. W kolejnym odcinku publikujemy fragment pamiętnika Adama Stankiewicza “Okupacja w Raźnach” zamieszczonego w cyklu Wspomnienia chłopów z lat 1939-1945, tom Gotuj broń, wydawnictwo Książka i Wiedza, 1969.

 

 

Adam Stankiewicz

Okupacja w Raźnach

Najazd wojsk hitlerowskich na Polskę w dniu 1 września 1939 roku właściwie zaskoczył mieszkańców mojej wioski. Co prawda, już od wiosny mówiło się o wojnie, a mobilizacja niektórych roczników mogła nasuwać obawy przed nią. Nikt się jednak tego nie spodziewał. Dopiero komunikaty radiowe przyniosły nam tę straszną wieść.

Starsza generacja wioski Raźny pamiętała pierwszą wojnę światową i zdawała sobie w pewnym stopniu sprawę z nadchodzącej grozy. Jedne kobiety narzekały, inne modliły się, jeszcze inne starały się sobie i innym wytłumaczyć, że może to jakieś nieporozumienie. Właściciel jedynego w całej wsi radia słuchawkowego mógł niedosłyszeć. A może tylko zażartował? Jednak takie żarty nie trzymałyby się chyba szanowanego przez ogół wsi gospodarza. Trzeba było osobiście się upewnić. Dziesiątki osób szły więc do jego domu i prosiły o pozwolenie posłuchania. Słuchawki wędrowały z rąk do rąk. Każdy dowiadywał się, że wojna jest faktem.

Robota jakoś się nie kleiła. Większość mieszkańców wsi kręciła się w pobliżu zabudowań, nad którymi górowały dwie tyczki z przeciągniętą między nimi anteną. Było to jedyne źródło informacji z frontu. Czekając na komunikaty ludzie namiętnie dyskutowali. Nastroje młodszego pokolenia były raczej optymistyczne. Wyrażało ono zdanie, że nasza armia w niedługim czasie zdobędzie Berlin. Przemówienia Rydza-Smigłego z okresu poprzedzającego wojnę, o naszej gotowości i sile, napawały otuchą. Powoli i starsi ochłonęli z pierwszego wrażenia. Większość mieszkańców wsi stała się zgodna co do tego, że nie damy się Niemcom.

Komunikaty radiowe z frontu nie były pocieszające. Powtarzały się ciągle zdania, że nasze bohaterskie oddziały wycofały się na takim i takim odcinku na dogodniejsze pozycje, a nasz patriotyzm nie pozwolił dopatrywać się w tym pierwszych klęsk. Ludzie uważali, że to ze względów taktycznych wciągamy Niemców na nasz teren, aby w dogodnej sytuacji zadać im miażdżące ciosy.

Było w tym czasie we wsi kilka osób, których zamożni gospodarze nazywali „bolszewikami”. Ci zaczęli realniej patrzeć na sytuację. Ale ich trzeźwe głosy, mówiące o niebezpieczeństwie, ginęły wśród optymistycznej wrzawy większości społeczeństwa wiejskiego, którego podniosły nastrój doszedł do punktu kulminacyjnego w momencie przystąpienia do wojny Anglii i Francji. Wszyscy wiwatowali na cześć naszych sojuszników.

Samoloty, które masowo przelatywały nad naszą wioską, jeszcze co prawda na znacznej wysokości, napawały serca falą radości, bo ludzie sądzili, że to samoloty naszych sojuszników. Ale wkrótce okazało się, że na skrzydłach stalowych ptaków widoczne są złowrogie czarne krzyże.

Co dzień komunikaty radiowe z frontu stawały się bardziej niepokojące, co dzień wrogie samoloty pojawiały się nad wioską. Od czasu do czasu słyszało się dalekie detonacje. Noce rozjaśniały łuny pożarów. Upadła wiara w potęgę sojuszniczego lotnictwa, a po zbombardowaniu stacji kolejowej w Sadownem oraz ostrzeliwaniu z broni pokładowej pojedynczych osób cywilnych miejsce optymizmu, a nawet entuzjazmu, zastąpił strach i przygnębienie. Wojska hitlerowskie wkroczyły do naszej wsi rankiem 9 września po sforsowaniu nie bronionej rzeki Bug. Uciekinierzy z obszarów zajętych rozsiewali na temat wkraczających Niemców różne straszne wieści. Co będzie, jeśli okażą się prawdziwe?

Wkroczenie pierwszych oddziałów niemieckich na razie nas uspokoiło. Piechurzy, gdyż ci zajęli wieś, okazali się nawet dość uprzejmi. Wielu z nich znało język polski. Ci żartowali z kobietami i uśmiechali się do mężczyzn. Nieliczni tylko groźnie spoglądali na młodych chłopaków, którzy wyłazili z różnych kryjówek, kiedy dowiedzieli się, że Niemcy zachowują się spokojnie. Rzeczywiście pozwalali oni poruszać się swobodnie po wsi i niby nie zwracali uwagi na cywilów. A ludzie zamiast siedzieć w domach wałęsali się bez celu z jednego krańca osiedla w drugi. Może i nie ma co się im dziwić, wszyscy byli bardzo poruszeni. Z ostatnim żołnierzem polskim opuszczającym wieś odeszła wolność. Zwracali więc ludzie oczy za tą wolnością i łudzili się dojrzeć ją jeszcze w blasku naszych bagnetów.

Nadchodzącą zmianę poszczególni gospodarze witali różnie. Był nawet taki, co mówił:

— Gorzej nam w niewoli niemieckiej nie będzie, jak było pod rządami sanacji.

Co prawda, to chłopu przed wojną słodko nie było. Cierpiał jednak tylko ucisk społeczny, a zwycięzcy wprowadzili jeszcze ucisk narodowy. Czy gospodarz wymawiający to zdanie rozumiał znaczenie nadchodzącej zmiany? Przyszłość pokazała, że nie. Wypowiedź była nieświadoma i jej autor okazał się później zaciekłym wrogiem okupantów.

W kilka godzin po zajęciu wsi przez oddziały Wehrmachtu od strony południowej posypały się strzały. Z okna chaty obserwowaliśmy, jak kule padały na plażę za Bugiem. Niemcy przywarli do ziemi. Następnie przez wieś przegalopował ich zwiad konny. Jeden koń był bez jeźdźca, a dwóch kawalerzystów podtrzymywali w siodłach inni. Radość ogarnęła moją rodzinę. Może to większe siły polskie rozpoczynają kontratak. Siostra, której mąż był w wojsku, z dumą spojrzała na ojca. Może to strzela jej Franuś, który bodajże ostatni opuścił wieś. Wycofywał się od Różana i na kilka godzin zaszedł do domu. Był trochę zniechęcony i pewnie chętnie zostałby wśród najbliższych, lecz żona kazała mu iść walczyć do końca.

Po kilkunastu minutach strzelanina ucichła. Polacy wycofali się. Ojciec, zaniepokojony, nakłonił nas do ukrycia się. Czy przeczuwał niebezpieczeństwo, czy też doświadczenie nabyte na frontach w latach 1914—1918 podpowiadało mu, że hitlerowcy mogą zemścić się na bezbronnej ludności wsi? Nie chcieliśmy się kryć, uznaliśmy, że w wypadku kontrataku może wybuchnąć pożar i wtedy upieczemy się żywcem. Czekaliśmy więc na bieg wypadków. A te potoczyły się błyskawicznie. Uderzenia w drzwi kolbami karabinów. Do izby wpadło kilku rozszalałych żołdaków hitlerowskich, chwyciło ojca i mnie za kołnierz i coś wrzeszcząc wywlokło na drogę. Tam stało już paru mężczyzn z sąsiednich chałup. Dołączyli nas do nich i całą grupę popędzili jak stado baranów przed dom sołtysa, Jana Korosia. Kto się opierał, otrzymał porcję kopniaków. Może ze dwie godziny trwało spędzanie mężczyzn z całej wsi na ten plac. Zabierali każdego, kto skończył czternaście lat. Kobiety rozpaczały. Nic nie zostało w żołnierzach z pozornej życzliwości, jaką się afiszowali przy wkroczeniu do wsi. Zmienili się. Każdy był groźny, jakiś dziki. Żaden z nich nie używał teraz naszego języka. Otoczyli nas ścisłym kordonem. Zadawaliśmy sobie szeptem pytanie, co mogą z nami zrobić. A tymczasem w mieszkaniu sołtysa odbywał się sąd. Tam ważyły się nasze losy.

Po skończonej naradzie podszedł do nas młody oficer i polecił wystąpić temu, kto zna język niemiecki. Uczynił to staruszek Kobert. Miał spełniać rolę tłumacza i przekazać zatrzymanym wolę zwycięzców. Blady, z drżącymi ustami, starzec powtarzał za Niemcem:

— Za to, że cywile strzelali do walecznej armii niemieckiej, która tak szlachetnie obchodzi się z Polakami, zostaniemy ukarani śmiercią.

Okrutną wiadomość przyjęliśmy w osłupieniu. Nikt z obecnych nie wymówił nawet słowa. Zdawało się nam nieprawdopodobne, aby wojsko mogło dokonać krwawego mordu na cywilnej ludności. Do egzekucji jednak nie doszło. Dlaczego?

Po zawiadomieniu nas o decyzji sądu wojskowego niemiecki oficer zadał kilka pytań tłumaczowi. Dowiedzieliśmy się wtedy, że ojcem staruszka był rodowity Niemiec, matką zaś Polka, Robert powiedział jednak Niemcowi, że jest Polakiem. Po krótkiej rozmowie oficer odepchnął starca na bok. Zrozumieliśmy jego intencję. Chce Roberta ocalić. Jednocześnie szczęknęły zamki żołnierskich karabinów. A wtedy Robert wrócił przed grupę i zaklinając oficera, błagał o darowanie życia zatrzymanym. To nie skutkowało, rozpiął więc koszulę i prosił o rozstrzelanie za wszystkich tylko jego.

Scena była wstrząsająca. Na kilka metrów przed lufami karabinów stał z rozpiętą koszulą skamieniały starzec. Wiatr rozwiewał jego siwe włosy, w słońcu widniała wyschnięta, obnażona pierś. Nie poruszał się. Jakaś siła biła od niego. Podobny był w tej chwili do biblijnego proroka. I oficer zawahał się. Minuty płynęły, a ci dwaj stali naprzeciw siebie. W tym czasie wpadł na podwórze na spienionym koniu kawalerzysta i zameldował o zabiciu polskiego żołnierza, który strzelał do hitlerowców. Wśród Niemców nastąpiło zamieszanie. Odbyła się krótka narada i wyrok zmieniono. Odetchnęliśmy z ulgą. Zastosowano do zatrzymanych dwudniowy areszt w stodole sołtysa, po czym szczęśliwie wróciliśmy do domów.

Ta sama jednostka niemiecka następnego dnia dokonała krwawego mordu na ludności cywilnej we wsi Grabiny, gmina Sadowne, odległej o cztery kilometry od naszej wioski. Niewinni zginęli za to, że z chwilą wkroczenia Niemców do wsi z pobliskiego lasu posypały się kule na oddział ich zwiadowców. Według relacji naocznych świadków zginęło wtedy kilkunastu hitlerowców. Z polskiej strony poległ jeden żołnierz.

W Grabinach wypadki przebiegały podobnie jak u nas, tylko że skończyły się tragicznie. Do lasu Niemcy nie weszli. Za kilkanaście minut oporu wieś drogo zapłaciła. Zginęli wtedy: małżeństwo Kołkowie, oboje około sześćdziesięciu lat, dwaj bracia Rowiccy — osiemnasto- i dwudziestoletni, osiemnastoletni Puścian i jego pięćdziesięcioletnia matka, Aleksander Powierza — lat trzydzieści jeden, dwaj bracia Filipkowscy — piętnaście i dwadzieścia jeden lat, Mazurek — trzydzieści lat, Kowalczyk — dwadzieścia dziewięć lat, Józef Rowicki — trzydzieści lat, Józef Pakiela — dwadzieścia jeden lat, Rozalia Wierzbicka — osiemdziesiąt lat — oraz dziesięciu uciekinierów z obszarów północnej Polski. Część wsi Grabiny Niemcy puścili z dymem.

Jeden z prowadzonych na rozstrzelanie, Tadeusz Puścian, cudem uniknął śmierci. Zabili mu żonę i syna, więc opłakiwał zgon najbliższych. Niemcy pytali go, dlaczego tak płacze. Odrzekł, że szkoda mu niemieckich żołnierzy, którzy tu polegli. Darowali mu za to życie.

W czasie tego bestialskiego mordu okazało się, że w wojsku niemieckim byli i uczciwi ludzie. Kiedy Niemcy zapalili wieś i zaczęli rozstrzeliwać, jeden z mieszkańców Grabin schował się w rowie. Przykrył się gałęziami. Widocznie źle się zamaskował, gdyż zauważyło go trzech żołnierzy. Przypuszczał, że też zostanie rozstrzelany. Ale jeden z żołnierzy rzekł do niego po polsku, by leżał cicho, jeśli mu życie miłe. Potem wszyscy trzej nakładli na niego jeszcze gałęzi i pouczyli, aby do wieczora w tym miejscu przesiedział, a dopiero nocą przedostał się do lasu. Tak uczynił i uszedł z życiem. Do dziś wspomina tych nieznanych Niemców.

W tych pierwszych dniach okupacji ofiarą padł jeden z mieszkańców wioski Raźny, Edward Kosior. Powołany do wojska, nie wycofał się ze swoją jednostką, lecz zrzucił mundur i ukrył się u brata pod Stoczkiem Węgrowskim. Wkraczający Niemcy po ostrzyżonej głowie poznali żołnierza i zamordowali go wraz z bratem, Stefanem. Tak zginęli Edward i Stefan Kosiorowie.

Do końca 1939 roku okupanci rzadko zjawiali się we wsi. Pozornie wydawało się, że nic się tu nie zmieniło. Wszyscy zajęli się swoją pracą. Życie jakby toczyło się normalnym rytmem. Nic nie wskazywało na fakt, że kilka miesięcy temu przewaliła się przez wieś lawina wrogich wojsk. A jednak już te kilka miesięcy panowania niemieckiego nieznacznie przekształcało życie mieszkańców wioski. Musieliśmy dostosowywać się do zarządzeń okupacyjnej władzy. Co prawda, urzędnicy gminnej rady, sołtysi i granatowi policjanci pozostali ci sami. Okupant zmienił tylko wójta. Na miejsce Polaka postawiono kolonistę niemieckiego ze wsi Płatkownica, dwudziestokilkuletniego Widimanna czy też Widimanda.

Czytany 236 razy