wtorek, 10 wrzesień 2019 11:19

80. rocznica wybuchu II wojny światowej - VIII część

Wrzesień 1939 roku w pamiętnikach chłopskich

 

W tym roku mija 80. rocznica wybuchu II wojny światowej. Bogactwo pamiętników, zwłaszcza napisanych przez mieszkańców wsi, zgromadzonych w Centralnej Bibliotece Rolniczej skłoniło nas do uczczenia tej rocznicy poprzez publikacje, w odcinkach, fragmentów pamiętników opisujących wybuch wojny i pierwsze miesiące jej trwania.

 

Pamiętniki od dawna mają wielki urok i są wysoko cenione przez czytelników i historyków. Dają możliwość niemal bezpośredniego obcowania duchowego z ludźmi, poznawania ich myśli i opinii, a także zwierzeń o nich samych. Pozwalają czytelnikowi nie tylko poznać przeszłość, ale także wczuć się w wydarzenia opisywane przez naocznych świadków. W kolejnym odcinku publikujemy fragment pamiętnika Stanisława Żołyńskiego “Połamane szable” zamieszczonego w cyklu Wspomnienia chłopów z lat 1939-1945, tom Gotuj broń, wydawnictwo Książka i Wiedza, 1969.

 

 

Stanisław Żołyński

Połamane szable

Odległe to lata, a pamięta się je, jakby to było dopiero wczoraj. Wszyscy wówczas w pierwszym szwadronie Trzeciego Pułku Szwoleżerów w Suwałkach mieliśmy miny zuchów. W ostatnich dniach sierpnia 1939 roku uzupełniono nam umundurowanie, rozdano ostrą amunicję i cały rynsztunek bojowy.

— Żołnierze! — przemówił do nas dowódca na placu garnizonowym. — Ojczyzna nas wzywa. Polska potrzebuje pomocy. Do ostatniej kropli krwi będziemy bronić jej granic i niezawisłości... Wierzę w was, chłopcy, że nie splamicie munduru, który nosicie...

Odmaszerowaliśmy w stronę granicy pruskiej i zatrzymaliśmy się w odległości trzech kilometrów od niej. Pierwszego września patrol doniósł nam, że Niemcy przekroczyli umocnienia graniczne i zbliżają się w naszym kierunku.

Przemówiła do nich nasza artyleria, odtelefonowano, że strzały skuteczne. I tak się zaczęło... Polskie wojsko silnie uderzyło, Niemcy podwoili szturm. Bój trwał tu pięć dni i pięć nocy bez odpoczynku. Przez cały ten czas ludność cywilna kopała dla nas rowy w odległości około sześciu kilometrów na naszych tyłach.

Wycofaliśmy się potem do tych okopów i stawialiśmy tam opór jeszcze przez dwa dni. Niemcy nawet w pewnym momencie musieli nam ustąpić i wycofać się, ale potem przyszło im w pomoc lotnictwo. Nam nikt. Bito nas i dziesiątkowano. Tylu kolegów moich zginęło, tylu tam zostało rannych... My, zmęczeni, niewyspani, brudni, czarni wprost od potu i kurzu, walczyliśmy dalej, nie zważając, co z nami będzie. Uformowano nas wreszcie na nowo i kazano wycofywać się do Grodna.

W czasie marszu, a posuwaliśmy się tylko nocą, przednia szpica doniosła nam, że okolica jest już zajęta przez Niemców. Prowadzący oddział major Piotr Daczenko zasępił się.

— Dać mi konia! — krzyknął nagle.

Major był inwalidą, jeździł zawsze tylko bryczką. Jeśli wsiadał na konia, to dla wydania bardzo ważnych rozkazów. Widać było, że w siodle czuł się znakomicie, że na koniu ogarniała go werwa i kawaleryjska brawura. Przyjrzał się wszystkim bacznie.

— Chłopcy! Jesteśmy w ciężkiej sytuacji, ale sytuacja nie jest nigdy tak ciężka, żeby z niej nie można było wyjść. Pokażemy, że umiemy walczyć. Musimy odbić Sokółkę z rąk niemieckich. Za mną...

Porwało nas wichrem, ale przed miasteczkiem zatrzymaliśmy się znowu. Major półszeptem zagrzewał nas do walki:

— Jeśli ci polska mowa droga, jeśli płynie w tobie polska krew, to kłuj konia ostrogami, spluń w dłonie, chwyć za szablę i tnij po łbach szwabów, ile ci sił starczy.

— Panie majorze! — z trudem łapiąc powietrze meldował Stach Ośka z Kozienic. — Panie majorze, nieprzyjaciel z lewa posuwa się szosą w kierunku miasteczka.

Major wykrzyknął odpowiedź do nas:

— Ba-a-a-a-czność!... Formuj szyk. Za mną! W cwał!

Sam na czele z pistoletem w ręku gnał na swym Siwku, odwracając się do nas tylko dla wydania rozkazów. Kilka minut trwała jazda. Widno się dobrze zrobiło, gdy Niemcy nas spostrzegli. Bardzo sprytnie się uszykowali. Mieliśmy dwie przeszkody, które stanowiły dwa rowy wzdłuż szosy i do tego tabor pojazdów, zostawiony na środku jezdni. Za tymi przeszkodami uformowali się błyskawicznie.

Major zjechał na prawe skrzydło, zrównał się z na¬mi i wykrzyknął:

— Konia ostrogą! Naprzód!

Sam pierwszy wziął wszystkie przeszkody.

Niemcy salwą wystrzelili, nasi posypali się gęsto, ale drugi raz wystrzelić nie zdążyli wrogowie, bo już siedzieliśmy im z szablami na karkach. Pierwszy i drugi nasz szereg był poszczerbiony, ale konie wyskoczyły poza plecy niemieckie. Teraz dopadł ich trzeci i czwarty szereg i cieszył się zdobyczą.

Piechota też wkrótce przybyła za nami, krzycząc z daleka:

— Hur-r-r-a!

— B-a-a-aczność! Szabla w dłoń! Za mną w cwał!... — wydał znowu rozkaz major i wziął kierunek na miasteczko.

Szwoleżerowie pędzili jak szatany za swym dzielnym dowódcą, ale Niemcy z miasteczka usłyszeli także strzały i hałas wielki. Rozłożyli się więc z karabinami maszynowymi na rogatkach. Nasza szpica zamaskowała się u jednego gospodarza w sadzie. Ustawiła karabin maszynowy w leszczynie, a konie skryła.

My w czasie jazdy uformowaliśmy szyk bojowy z około sześciuset żołnierzy. Nasz karabin maszynowy terkotał z boku tak, że Niemcy, zdezorientowani, porzucili broń i uciekali w zaułki.

W ciągu jednej godziny bez trudu oczyściliśmy z nich miasto. Ludność przyjęła nas z otwartymi rękami. Złapanych jeńców odprowadzono do sztabu na tyły. Major zarządził półgodzinny odpoczynek i zadowolony dziękował nam, twierdząc, że z nami poszedłby na pięć pułków niemieckich.

Rozbiegliśmy się po miasteczku, żeby nakarmić siebie i konie. Uszczęśliwiona ludność raczyła nas, czym mogła. Kobiety przynosiły dla nas bieliznę na zmianę, a nawet dawały żywność na zapas. Wkrótce podjechały powózki niemieckie, prowadzone już przez naszych żołnierzy, ze dobytym prowiantem. Były tu konserwy, słonina, chleb, suchary. Chłopcy rzucili się na te wozy nie mniej gorliwie jak na nieprzyjaciela. Nie było jednak wiele czasu. Przyszedł rozkaz alarmowy: odmaszerować w stronę Augustowa.

Zanim jednak uformowaliśmy kolumnę, była już godzina jedenasta. Nie umiem opisać, co przeżyliśmy, nim dotarliśmy do lasu. Samoloty niemieckie mściły się na nas bez miłosierdzia, choć nasza artyleria przeciwlotnicza osłaniała nas, jak tylko mogła. Dwa samoloty wroga spadły, zwykła artyleria pomagała salwami, cywile uciekali jedni w tę, drudzy w tamtą stronę. Wszystko się razem zmieszało, a z nieba sypał się ciągle ogień.

Uciekał na przykład pewien mężczyzna w wieku około trzydziestki, z żoną i sześciorgiem dzieci. Siódme na razie się o ucieczkę nie martwiło. Robiła to za niego mama. Ciężarna kobieta pchała przed sobą wózek od lodów, w którym było troje mniejszych i pierzynka. Mąż szedł kilka metrów w przodzie z ciężkim bagażem na plecach. Gdy samoloty niemieckie zaczynały bić z broni pokładowej, ojciec krzyczał na dzieci:

— Połóż się! Połóż się! Połóżta się, zasrańce!

Tymczasem dzieci się nie kładły, tylko uciekały w pole. To nie było śmieszne, ale smutne. Przyszło mi na myśl, że może i moja żona tak gdzieś z dzieckiem ucieka.

Zostałem ranny w głowę nad lewym okiem. Koledzy zrobili mi opatrunek i siadłem z powrotem na koń.

Wreszcie trochę ucichło. Artyleria niemiecka odzywała się jeszcze od czasu do czasu, dając znać, że nie śpi. Nasze osierocone wojska wjeżdżały w las. Ulokowaliśmy konie i padli na trawę, aby odpocząć. Względny spokój trwał do wieczora, po czym nastąpił wymarsz w niewiadomym kierunku.

Tułaliśmy się co noc, od skraju do skraju ogromnego lasu, a to z powodu nieprzyjacielskiego okrążenia. Pewnego dnia, a raczej pewnej nocy podjechaliśmy ku rzece Niemen. Major kazał mi poprowadzić patrol. Miałem dotrzeć z ośmioma ludźmi do Niemna, przeprawić się na drugą stronę z czterema żołnierzami w oznaczonym punkcie, podczas gdy pozostali będą ubezpieczać naszą przeprawę.

Przyjąłem rozkaz, zasalutowałem, major może żegnał się ze mną na zawsze już w tym momencie, bo powiedział jakby na osłodę:

— Jeść ci się chce? Masz suchara. Z Bogiem!

Wykręciłem się na pięcie.

— Uważaj! Tam są Niemcy. Spisz się dobrze — dorzucił jeszcze major.

Poszedłem do kolegów. Wzięliśmy dodatkowo dwa juczne konie, cekaemy, granaty i — w drogę.

Przybrzeżne zarośla były gęste, podejście do rzeki więc osłonione. Tuż przy Niemnie stała zagroda rybacka. Ostrożnie zbliżaliśmy się do niej. Warkot niemieckich czołgów stawał się coraz głośniejszy. Użyłem lornetki. Czołgów było tylko trzy. Prom zaś, o który mi chodziło, znajdował się z tamtej strony o jakieś siedemset metrów w dół rzeki.

Z chałupy wyszła kobieta w podeszłym wieku i patrząc na nas, coś szeptała jakby sama do siebie.

— Niech Bóg was ma w swojej opiece! — powiedziała głośniej.

— Co słychać, matko?

— Niedobrze. Synowie i zięciowie na wojnie, synowe uciekły, nie wiem dokąd, bo tu miał być straszny bój. Ja tylko sama. A panowie pewnie na drugą stronę?

— Mamy zamiar.

— Uważajcie. Czołgi niemieckie dopiero co przejechały.

— Co jaki czas jeżdżą?

— Nie wiem, ale chyba co godzinę.

— Dziękujemy.

Nie było czasu na zastanawianie się. Kobieta poszła do domu. Przyniosła za chwilę różaniec, włożyła mi na szyję.

— Niech was Bóg Ojciec strzeże.

Podprowadziliśmy konie do rzeki, kazałem popuścić popręgi, odpiąć munsztuki i płynąć z lewej strony zwierzęcia, trzymając je za grzywę.

Prąd Niemna jest silny. Po pewnym czasie zaczął nas znosić, konie pracowały z wysiłkiem. Spojrzałem na juczne i ogarnął mnie strach, bo widać im było tylko głowy i nozdrza, którymi odpychały wodę. Znajdowaliśmy się dopiero w połowie koryta i pomyślałem sobie, że należy jak najszybciej odwiązać obciążone konie, żeby przy ewentualnym tonięciu nie pociągnęły drugich, ale szkoda mi było i ich. Spróbowałem więc ze swym Alabastrem wysunąć się naprzód, aby dodać sił pozostałym. Metoda okazała się skuteczna. Stuknąłem Alabastra raz i drugi paleną jak ostrogą i sam podwoiłem szybkość. Znalazłem się tym samym o kilka metrów w przodzie. Na brzeg trudno się było wydostać, bo był stromy, a mundur na mnie namoknięty.

Po tamtej stronie puściłem konia luzem i różnymi gestami zachęcałem resztę do wzmożenia wysiłków. Konie wyciągały szyje, koledzy walczyli z samozaparciem z falą. Prąd zniósł nas za to bliżej promu. Ustawiliśmy zamaskowane cekaemy, ukryliśmy wszystkie konie i część nas ruszyła do przeprawy. Prom nie był zbyt sprawny, mimo wszystko puściliśmy się na wodę.

Gdy dobiliśmy do brzegu, stał tam już drugi nasz patrol, od którego otrzymałem rozkaz na piśmie: „Ubezpieczać dalej oddział, aż do Kanału Augustowskiego”. Na mapie miałem oznaczony punkt ubezpieczenia — duży kamień granitowy i budynek miejscowej szkoły.

Z rozkazu nie byłem zadowolony, bo wszyscy przemokliśmy. Ale trudno...

Obejrzałem się za siebie. Do brzegu dochodziło już polskie wojsko i chłopcy wylewali wodę z łodzi.

W oznaczonym miejscu obejrzałem kamień i zamierzałem oglądnąć staroświecki budynek szkoły, gdy spotkałem wachmistrza artylerii. Widziałem go pierwszy raz w życiu. Miał lat około czterdziestu i długą brodę. Szedł do mnie.

Uderzyliśmy prawie jednocześnie w daszki.

— Co pan tu robi? — zapytałem pierwszy.

— Czekam na nieprzyjaciela.

— Czy pan jest sam?

— Sam, a pan?

— I ja sam — odburknąłem.

— To będzie nas dwóch.

Nagle obaj nastawiliśmy uszu.

Nadjeżdżały czołgi z tamtej strony kanałów. Wachmistrz obrócił się do mnie.

— Spluń pan w ręce, kawalerzysto, bo będzie draka.

Zasalutował i odszedł.

Warkot zbliżał się coraz bardziej. Można było rozróżnić, że nie jedzie tu jeden czołg, a kilka. Wzięliśmy na cel cały most. Czekamy. Ze wzruszenia krew drga w żyłach. Kiedy czołgi weszły na most, uderzyliśmy po gąsienicach, aż posypały się skry. W tym momencie odezwały się też salwy działek przeciwpancernych. Biły tak celnie, że zniszczyły pierwszy czołg, za nim drugi, trzeci, reszta zdążyła zawrócić. My mieliśmy również zajęcie, bo Niemcy wyskakiwali z czołgów i ratowali się ucieczką, w której my im bynajmniej nie pomagaliśmy. Na pomoc nam przybył jeszcze szwadron z dwoma działkami. Nim jednak zobaczyłem działka, trzymałem się je i z panem wachmistrzem za rękę, składając sobie wzajemnie gratulacje.

I zez pełne dwa tygodnie krążyliśmy po puszczy, zamknięci w niej jak w kotle. Nie mieliśmy co jeść i czym strzelać. Wyjadaliśmy ludziom ziemniaki z pól, rzadko kiedy rekwirując chleb. Najgorsze jednak było to, że nie wiedzieliśmy, co się dzieje w centrum Polski.

Nasz żołnierz był jeszcze zasobny, gdyż posiadał w plecaku kilka nabojów, a w chlebaku parę surowych kartofli. Robiliśmy nocne napady na Niemców, walcząc przeważnie na białą broń. Co noc obowiązkowo zmienialiśmy miejsce postoju. Na jednym z nich po naradzie oficerów ogłoszono, że jesteśmy okrążeni i musimy się poddać. Żołnierze zaprotestowali.

Dowódca wzruszony ich postawą zwołał powtórnie oficerów. Znowu trwała narada. Wreszcie dowódca wszedł na wysoki kamień.

— Kochani żołnierze! Jestem dumny z waszej gotowości do dalszej walki. Jeśli macie do tego szczerą chęć, to zostanę z wami. Może uda mi się was poprowadzić za granicę. Z wrogiem może jeszcze długo i na wielu frontach wypadnie nam walczyć. Teraz zarządzam odpoczynek do czasu wymarszu.

Podniesieni na duchu żołnierze ustawili w kozły broń i rozbiegli się za żywnością dla siebie i koni.

Poszliśmy ze Stachem do dużej wsi, gdzie była cerkiew, kościół i kilka sklepów, a nawet piekarnia. Dwaj pozostali koledzy z naszej czwórki prosili, aby im też kupić cokolwiek do jedzenia. Obojętne co — jak to się wówczas mówiło — kura, Świnia, kartofle, krowa czy cielę.

Wszystko to były marzenia. Kupić nic nie można było. Spotkana kobieta odmówiła nam stanowczo sprzedaży. Już wszystko wyjedliście. My sami nie mamy co jeść.

Weszliśmy do piekarni. Sympatyczny piekarz, w starszym wieku, był zrozpaczony, że nie może nam nic sprzedać. Po krótkiej rozmowie oświadczył: Mam trochę suszonego chleba, to wam dam, a poza tym dam wam jedną radę. Nie możecie się jednak zdradzić, że to ode mnie wiecie. Idźcie w głąb wioski. W piątym domu na lewo stańcie okoniem, żeby wam sprzedano żywność. Gdy gospodarz będzie się upierał, każcie mu otworzyć piwnicę, która znajduje się od północnej strony pod chlewem. Jeśli piwnica będzie pusta, wróćcie dopiero do mnie po suchary. Piwnica jest własnością tego gospodarza, a do rzeczy tam zmagazynowanych jest jeszcze drugi właściciel. Nie wiadomo, skąd oni towar przywożą, ale sprzedają go potem z trzystuprocentowym zarobkiem. Zresztą tylko zaufanym.

Pomyślałem, że dwóch nas to za mało do takiej roboty. Stach pobiegł po dwóch następnych.

Założyliśmy paski pod brodę, bagnety na broń i poszliśmy prosto do tej zagrody. W mieszkaniu było trzech mężczyzn i kilka kobiet, nawet uroczych.

— Dzień dobry. Chcemy coś kupić u was do zjedzenia. Dobrze zapłacimy.

— My sami raz na dzień jemy. Jest nas dużo w rodzinie, jak panowie widzicie. Zostało nam trochę suchych kartofli, możemy wam ofiarować.

— Prosimy i o ziemniaki — odezwał się kolega.

Grubszy i nie wyglądający na gospodarza jegomość chciał w tym czasie wyjść z mieszkania. Oznajmiliśmy mu grzecznie, że dopóki my jesteśmy w tym domu, nie wolno nikomu wyjść.

— Który z panów jest właścicielem piwnicy?

— My nie mamy piwnicy.

— Piwnica jest w chlewie od strony północnej, my tylko pytamy, czyją jest własnością.

— Czego panowie żądacie?

— Chcemy wiedzieć, kto jest właścicielem piwnicy.

— Ja. Nic w niej nie ma. Tylko słoma.

— Proszę się nie ruszać — powiedziałem do zebranych, a zwracając się do właściciela, dodałem: — Tymczasem pan mnie tam poprowadzi.

Skrzyżowały się spojrzenia obecnych, my sięgnęliśmy po broń.

— Co panowie robicie? — krzyknęły kobiety.

— Proszę otworzyć piwnicę!

— Dobrze, ale schowajcie broń — rzekł wypielęgnowany jegomość. — Chwileczkę, zabiorę klucze. Zmierzał do drugiej izby, lecz jeden z naszych też za nim.

— Ładne wojsko! Napadacie na spokojnych ludzi. Ze swoimi draki szukacie?

— Proszę nas prowadzić.

— Panowie, tu jest ciemno. Powiedzcie, co chcecie, to wam dam. Rzeczywiście mam tutaj trochę schowanego jedzenia, bo przecież rodzina liczna, a tyle nam już zabrali... Zaczekajcie, ja wam sam przyniosę, dam wam jeść, tylko nie mówcie nikomu więcej o tej piwnicy.

— Otwierać szybko!

Błysnąłem bateryjką. Na końcu korytarza były drugie drzwi, właściciel trząsł się, ale otwarł. Dużą rzeczywiście piwnicę załadowano po brzegi żywnością i bronią. Był tu cukier, mąka, różne kasze, śledzie wędzone, tytoń i papierosy...

— Ręce do góry!

Przy rewizji właściciela okazało się, że miał również w tylnej kieszeni pistolet i granat. Zostawiwszy straż, ruszyłem do oddziału. Major dał mi dwudziestu szwoleżerów, a powózkom kazał jechać za nami.

Wskoczyłem na swojego Alabastra i puściłem się galopem. Zastałem wszystko tak, jak zostawiłem. Jeden z naszych pełnił służbę w mieszkaniu, drugi w chlewie, trzeci w piwnicy. Po chwili w piwnicy był także major i chwycił się za głowę.

— Skąd się to wszystko tu wzięło? — zapytał właściciela.

— Żywność jest moja, a broń złożyło wojsko polskie po rozbrojeniu się w tej okolicy.

W tym czasie my pakowaliśmy do kieszeni śledzie, pomarańcze i papierosy. Kazano resztę włożyć na wozy i wywieźć do lasu.

Po drodze spotkaliśmy wracającego z lasu piekarza. Mrugał na nas porozumiewawczo i był zadowolony. Żołnierze cieszyli się, że będzie co jeść i czym strzelać. Kucharze gotowali smakowity krupnik, potem żołnierze objadali się, bo było i drugie danie, a my czterej chodziliśmy w blasku bohaterów dnia.

Po posiłku rozdano amunicję i ruszyliśmy w drogę. Jechaliśmy wolno, koń za koniem, gęsiego. Zachowywaliśmy absolutną ciszę. Gdy świtało, kryliśmy się w zaroślach, by znów następnej nocy ruszyć w drogę.

Drugiej nocy nad ranem uderzyliśmy na placówkę niemiecką. Jakiś cywil przeprowadził wąskimi ścieżynami nasz patrol, artyleria zaczęła bić na prawo i na lewo ostatnimi pociskami, a w tym czasie piechota runęła z głośnym: „Hura!” Udało nam się szczęśliwie. Przerażeni Niemcy na razie pierzchli, potem ścigali nas pociskami, ale my już przebiliśmy się na Litwę. Na granicy składaliśmy broń.

Wieczorem posuwaliśmy się w głąb Litwy, sami nie wiedząc dokąd. Prowadziło nas wojsko litewskie. Po drodze minęliśmy jeden sklep, specjalnie dla Polaków, gdzie sprzedawano za polskie pieniądze. Można w nim było kupić wszystko oprócz wódki i tekstyliów. Ważniejszy dla nas był jednak fakt, że ludność na Litwie wyległa na szosę pieszo i furmankami i każdy miał ze sobą żywność. Życzliwi nam ludzie trzymali ją w koszach i zapraszali do jedzenia. Były nawet gotowane ziemniaki i do tego kluski. Zestawienie było dla mnie śmieszne, ale głodnym wszystko smakowało, a przy tym sama życzliwość tych Litwinów wpływała na nas kojąco.

Wreszcie stanęliśmy w koszarach wojskowych w mieście Olitus. Tam dopiero dowiedzieliśmy się, jak przebiegała kampania wojenna. Okazało się, że po upadku Modlina i Warszawy opieraliśmy się jeszcze Niemcom przez dwa tygodnie.

Czytany 255 razy