poniedziałek, 09 wrzesień 2019 11:14

80. rocznica wybuchu II wojny światowej - VII część

Wrzesień 1939 roku w pamiętnikach chłopskich

 

W tym roku mija 80. rocznica wybuchu II wojny światowej. Bogactwo pamiętników, zwłaszcza napisanych przez mieszkańców wsi, zgromadzonych w Centralnej Bibliotece Rolniczej skłoniło nas do uczczenia tej rocznicy poprzez publikacje, w odcinkach, fragmentów pamiętników opisujących wybuch wojny i pierwsze miesiące jej trwania.

 

Pamiętniki od dawna mają wielki urok i są wysoko cenione przez czytelników i historyków. Dają możliwość niemal bezpośredniego obcowania duchowego z ludźmi, poznawania ich myśli i opinii, a także zwierzeń o nich samych. Pozwalają czytelnikowi nie tylko poznać przeszłość, ale także wczuć się w wydarzenia opisywane przez naocznych świadków. W kolejnym odcinku publikujemy fragment pamiętnika Stanisława Cebuli „Przetrwaliśmy” zamieszczonego w cyklu Wspomnienia chłopów z lat 1939-1945, tom Gotuj broń, wydawnictwo Książka i Wiedza, 1969.

 

 

Stanisław Cebula

Przetrwaliśmy

Rok 1939 był jak inne lata. W mojej rodzinnej Zabrzeży sporo ludzi biednych błąkało się za jaką taką robotą, aby tylko żyć. Czasami przez parę dni pracowało się na szosie, ale trzeba było mieć tęgie chody u dróżnika, żeby za nędzną zapłatę tłuc kamienie młotkiem, a i to nie trwało długo, bo setki szukały zatrudnienia. Jedynym wybawieniem była służba u bogatszych gospodarzy.

W czerwcu przyszli żołnierze z kilofami i łopatami. Zaczęto kopać rowy strzeleckie na górce między Zabrzeżą a Tylmanową. Różne domysły poszły po tutejszej ludności. Widocznie od granicy czechosłowackiej spodziewano się wroga. Ale każdy to mówił na ucho, żeby się policja nie dowiedziała. Słuchy dochodziły, że przez Słowację jadą wojska niemieckie ku Polsce.

W połowie sierpnia nasz sąsiad, co przy saperach służył, dostał wezwanie na dziesięciotygodniowe ćwiczenia, dostali i inni. Z końcem sierpnia jak zaczęły przychodzić złe wiadomości, to już jedna po drugiej. Pobór ludzi, koni i wozów. Zaszumiało w wiosce. Płacz i lament się zrobił wielki.

Sołtys wydawał gromkim głosem rozkazy gońcom, aby chłopi szli do wojska według kart mobilizacyjnych. To znów mostu na rzece Kamienicy kazał pilnować i drutów telegraficznych koło szosy. W niedzielę przed kościołem zrobiono zbiórkę pieniędzy na uzbrojenie armii polskiej.

1 września rano od granicy słowackiej zagrzmiały strzały.

— Wojna! Wojna! — poleciało z ust do ust.

Każdy był jakiś nieswój. Nikt nie robił w polu, tylko w obejściu się kręcił. Koło południa zobaczyliśmy od Krościenka wozy uciekinierów z wiosek nadgranicznych. Wyładowane były różnym dobytkiem. Zgiełk wielki, bo to i świniaki kwiczą, krowy, owce... Dzieci na wozach krzyczą, kobiety płaczą, a chłopi przeklinają, na czym świat stoi, Niemców, Hitlera, polski rząd; cały świat przeklinają...

Powiadają, że Niemcy już są w Krościenku. A jak zobaczą mężczyzn, od razu zabierają do niewoli. Każdy z młodszych myśli o ucieczce, bo ma nadzieję, że armia polska wreszcie zacznie bić Niemca, a on się przyda do tego. Ludzie jeszcze nie tracą otuchy. Przecież nie jesteśmy sami. Przecież Francja i Anglia wystąpią w obronie Polski.

2 września poszedłem do Łącka. Patrzę, a tu na rynku pełno ludzi swoich i przybyłych z Krościenka. Policja się ewakuuje, poczta także. Pomyślałem sobie, że to chyba już koniec, jeśli tacy uciekają.

Każdy pozierał w stronę Sącza — może stamtąd nadejdą siły polskie? Niestety, nie nadchodziły.

Raptem nadleciał z południa samolot niemiecki. Unosił się nisko. Zdawało się, że spada, że już, już, a o komin zawadzi. Jak szybko się zjawił, tak i zniknął w stronie Sącza.

3 września wypadła niedziela. Mało kto poszedł do kościoła do Łącka, bo to kawał drogi, a nie wiadomo, co się może zdarzyć. Samoloty przelatywały kluczami jak dzikie gęsi na jesieni. Leciały i leciały, aż powietrze drżało.

W południe przyszedł żołnierz do sołtysa prosić chłopów do pomocy przy robieniu zasieków. Kto mógł, ten poszedł; nawet i tacy, co mieli ponad sześćdziesiąt lat. Tak się zebrało kilkadziesiąt chłopa z mojej i sąsiednich wiosek.

Któryś z młodych miał litrówkę, tośmy w paru po drodze z żołnierzami wypili i zrobiło się nam trochę weselej.

Kiedy doszliśmy, robota szła już całą parą. Pełno było chłopów z Tylmanowej, Ochotnicy i Zabrzeży. Żołnierze kopali jakieś doły, pilnie pracowali, znój im zalewał oczy. Inni pokazywali cywilom, jak zasieki robić, a jeszcze inni nosili do szosy z Tylmanowej drut kolczasty.

Kiedyśmy wieczorem po robocie żegnali się z nimi, mówili nam ze smutkiem, że jutro tu będzie gorąco.

4 września nad ranem rozniósł się szum straszny w powietrzu i potężne strzały wstrząsnęły naszą wioską. Tak to zaskoczyło ludzi, że nie wiedzieli, gdzie uciekać.

To Niemcy spod Krościenka strzelali z armat. Postrzelali może ze dwadzieścia minut i przestali. Zrobiło się dziwnie cicho, aż nieswojo. Chłopi, co pilnowali mostu, wiali teraz od niego. Za mostem został zabity jeden, co uciekł z Tylmanowej z krową. On zginął, a krowa została.

Około ósmej rano walka rozgorzała w pełni. Tylko było słychać trajkotanie ręcznej broni i czasem huk moździerza. Niemcy walili z armat w okopy i ich okolice. Polscy żołnierze bronili się mężnie, niestety, otoczyły ich wojska niemieckie od strony Zabrzeży. Polacy zaczęli się wycofywać. Przedzierali się lasem, przeprawiali wpław przez Dunajec. Części udało się ukryć w zaroślach, a potem przebrać za cywilów, ale dużo wpadło w szpony najeźdźcy.

Rozpoczęło się hitlerowskie panowanie. Żołnierze niemieccy z miejsca zaczęli postępować z ludnością cywilną po barbarzyńsku. Były wypadki gwałcenia dziewcząt.

Mnie z paroma chłopami udało się jeszcze ujść, zanim wieś Niemcy zajęli. Szliśmy nie szosą, tylko górami. Nocowaliśmy w stodołach. Po drodze spotkaliśmy dwóch nieznajomych młodych mężczyzn. Radzili nam, aby lepiej się wrócić, bo łatwiej z bliskiej drogi aniżeli z dalekiej. A Hitler i tak Polskę zajmie, na Francję zaś czy Anglię nie ma nawet co liczyć. Ich głowa o Polskę nie boli, tylko o siebie.

— Nie macie co u nich szukać obrony! Lepiej brońcie sami swojego domu — powiedzieli.

Byliśmy tą rozmową zaskoczeni. Jedni zaraz się chcieli wracać, inni nie. Na te rozhowory nadszedł jakiś chłop, pochwalił Boga i zaraz powiada, że był u spowiedzi, bo to nie wiadomo, skąd kula przyleci, może zabić grzesznego człowieka i dusza będzie potępiona, a tak to jest spokojny i nie myśli nigdzie uciekać. Przygotował się na śmierć. Myśmy jednak uradzili iść dalej. Posuwaliśmy się ciągle na wschód. Szosy zawalone były uciekającymi. Ludzie jechali z dobytkiem na wozach, szli piechotą, dźwigając toboły. Rwetes, płacz dzieci, a nad tym wszystkim samoloty niemieckie, które z broni pokładowej ostrzeliwały ludność cywilną. Znużyła mnie w końcu ta wędrówka. Byłem już żonaty i może dlatego bardziej od innych ciągnęło mnie do domu. Toteż jak spotkaliśmy chłopów z Tylmanowej, wracających na swoje śmiecie, poszedłem z nimi.

8 września zobaczyliśmy pierwszych Niemców. Było to na szosie do Nowego Sącza. Ciągnęły samochody, motocykle, rowery, maszerowały niemieckie oddziały. Strach nas ogarnął, ale nic — idziemy.

Około południa dotarliśmy do Nowego Sącza. Na ulicach oficerowie niemieccy. Wszędzie pełno wojska. Nadjeżdżają jakieś auta. Ktoś krzyknął:

— Patrzcie! To naszych żołnierzy wiozą!

Smutny był to widok. Najpierw jechało na motocyklu dwóch uzbrojonych Niemców w hełmach, a za nimi pięć ciężarówek załadowanych polskimi jeńcami i na końcu znów na motocyklach uzbrojeni Niemcy.

Następnego dnia rano znalazłem się w Zabrzeży. Od 4 września wieś była pod okupacją hitlerowską. Przyszły ciężkie czasy, ale miały nadejść jeszcze gorsze. Na razie niektórzy przedwojenni urzędnicy objęli znowu swoje dawne stanowiska.

Nastała zima. Wyznaczono ludzi do usuwania śniegu z dróg, ale spośród biedniejszych chłopów. Za to komitet kontyngentowy wyznaczono z bogatszych gospodarzy. Działał on w naszej wiosce już od 8 lutego. A znów 9 marca 1940 roku wyznaczono jako kontyngent na roboty do Niemiec trzydzieści pięć osób. I ja zostałem wyznaczony, alem nie poszedł do komisji.

Przyszła wiosna, a z nią głód po miastach i na wsi u biedaków. Z miast zaczęli przyjeżdżać, przywozić różną odzież i inne towary na wymianę za zboże czy ziemniaki. Bogatsi gospodarze robili na tym interesy. Za to biedakom na wsi wiodło się bardzo źle. Nikt za pracę nie chciał płacić zbożem, tylko pieniędzmi. A za pieniądze niewiele można było kupić do zjedzenia.

Na jesieni rozpisano kontyngent zboża, ziemniaków, siana, słomy, fasoli, lnu i mięsa. Kazano przynosić mleko i jaja. Miałem niecały hektar gospodarstwa, więc w pierwszym roku mnie ominęło, ale w następnym już na mnie kontyngent nałożono. Musiałem też pracować przez dwa miesiące przy budowie mostu.

Na wiosnę 1941 roku znów zaczęto porywać ludzi na przymusowe roboty. Na różne się sposoby od tego bronili. Mnie i innych żonatych zostawiono na roboty na miejscu. Potem się jakoś i od tego wykręciłem, ale za to miałem głód, bo ci, co do pracy poszli, dostawali jakiś przydział. Mało, bo mało, ale zawsze trochę.

A tu się zaczęło na dobitkę klasowanie bydła na kontyngent. Kazano nam je spędzić w jedno miejsce. Stanął gazda z innej wioski, zaufany Niemców, i dawał wyroki krowom. Jak mu do głowy strzeliło, tak klasował. Chyba że przyszedł jego znajomy. O! To co innego! Jak zwykle padali tu ofiarą biedniejsi. I moja krowa też do czwartej klasy poszła, ale później ją cofnięto do trzeciej. Najlepiej mieli ci, co dostali pierwszą, bo nie zabierano tych krów na kontyngent jako bydło zarodowe.

Mnie z moją krową co i raz ciągano na komisję. Jak mogłem, tak się broniłem. Ale jałóweczkę musiałem dać.

Tymczasem hitlerowcy wyznaczyli spośród chłopów zakładników. Musiał taki co kilka dni chodzić na policję i meldować, co się dzieje na wsi. Był odpowiedzialny za wioskę, a jak się coś na niej zdarzyło przeciwko woli okupanta — kula w łeb. Wyznaczono na zakładnika na kilka miesięcy i mnie.

Niemcy w tym czasie już aresztowali wielu i nikt nie wiedział właściwie, za co. Najwięcej zabrali z Łącka i już nikt ich potem nie widział. Wzięto także nauczyciela, co jeszcze przed wojną mówił przeciwko Hitlerowi.

Niemcy zaczęli prześladować Żydów z Zabrzeży. Wyrzucali ich z domów.

Mieszkał tu zastępca rabina. Udało mu się wraz z córką uciec. Był i drugi, nazywał się Natan Forter. Temu się nie powiodło. Kiedy go wysiedlono, żeby z głodu nie umrzeć, pracował z synem przy drodze. Chudy był taki, że mu wszystkie żebra przez koszulę było widać. Przejeżdżał drogą Niemiec, a oni jak widzieli Żyda, to zaraz strzelali. Strzelił i ten. I tak zginął Natan Forter wraz z synem.

Coraz gorsze szły czasy. Zabrakło nafty, nie było czym świecić. Ludzie robili karbidówki, bo karbid był na sprzedaż.

Głód stawał się coraz większy. Ludzie sobie radzili, jak mogli. Ktoś tam zabił zawsze potajemnie jakąś jałóweczkę czy cielaka. Skóry wyprawiali, mięso po cichu sprzedawali lub jedli. Mówili: „Jak Niemcy mają jeść, to już lepiej my zjedzmy”. Ale za to dostawało się kulę w łeb, jak się wykryło. Trzeba więc było sobie w tajemnicy uhodować, a okupant węszył po stajniach. Toteż chowano w piwnicach, w różnych dziurach świnie i cielaki.

Czytany 173 razy