piątek, 06 wrzesień 2019 10:50

80. rocznica wybuchu II wojny światowej - VI część

Wrzesień 1939 roku w pamiętnikach chłopskich

 

W tym roku mija 80. rocznica wybuchu II wojny światowej. Bogactwo pamiętników, zwłaszcza napisanych przez mieszkańców wsi, zgromadzonych w Centralnej Bibliotece Rolniczej skłoniło nas do uczczenia tej rocznicy poprzez publikacje, w odcinkach, fragmentów pamiętników opisujących wybuch wojny i pierwsze miesiące jej trwania.

 

Pamiętniki od dawna mają wielki urok i są wysoko cenione przez czytelników i historyków. Dają możliwość niemal bezpośredniego obcowania duchowego z ludźmi, poznawania ich myśli i opinii, a także zwierzeń o nich samych. Pozwalają czytelnikowi nie tylko poznać przeszłość, ale także wczuć się w wydarzenia opisywane przez naocznych świadków. W kolejnym odcinku publikujemy fragment pamiętnika Alfonsa Krzywdzińskiego „Ich Bin Pole” zamieszczonego w cyklu Wspomnienia chłopów z lat 1939-1945, tom Reduty wiejskie, wydawnictwo Książka i Wiedza, 1969.

 

 

Alfons Krzywdziński

Ich Bin Pole

To już tyle lat minęło. Dni tamte przeszły do historii... A jednak — wywołane z pamięci — jak żywe stają przed oczyma. Utrwaliły je wstrząsające wrażenia.

Sierpień 1939 roku — miałem wtedy siedemnaście lat, marzyłem o radosnej przyszłości, ciekaw byłem, jak mi się życie ułoży. Nie wiedziałem, że najlepsze lata zabierze mi i zohydzi wojna.

Mówią, że ten, nad kim nieszczęście zawisło, miewa przeczucia, niepokoi się. A jednak nikt z mojego otoczenia w te ostatnie dni przed wojną nie odczuwał niepokoju, nie spodziewał się, że czeka go zły los, nieszczęście. Przeciwnie, wszyscy czuli się świetnie, byli jacyś podnieceni, pełni otuchy. Nie tylko młodzi, którym brakowało może doświadczenia, ale i starsi naiwnie wierzyli, że wszystko będzie dobrze. Mieli nadzieję, że pokonamy Niemca i wygramy wojnę.

Sierpień roku 1939 — upalne dni. Drogami ciągną wojska ku granicy. Przechodzą i jadą przez nasze miasteczko. Odpoczywają na skraju przydrożnych rowów. Gospodarze podmiejscy wynoszą wiadrami napoje. Początkowo częstują spragnionych żołnierzy maślanką i zimnym mlekiem, potem gdy wojska idzie coraz więcej, już tylko zimną wodą. My, młodzi chłopcy, z całego serca chcielibyśmy dopomóc naszym kochanym żołnierzykom, znosimy więc, co się da: jabłka, gruszki, pomidory, które w to upalne lato szczególnie obrodziły. Żołnierze są weseli, mimo zmęczenia pełni otuchy. Mają humor.

— Niech tylko Hitler spróbuje wejść na Pomorze — wołają — to my go powiesimy głową w dół na suchej gałęzi.

Torem kolejowym jadą przepełnione pociągi. My, chłopcy, jeżeli nie wybiegamy na drogę, to godzinami przesiadujemy koło nasypu. Z okien wagonu wyglądają młodzi ludzie, powołani pod broń. Machamy na pożegnanie wszystkim — każdy nam jest bliski, swój, choć nieznajomy...

Radia wówczas nie mieliśmy w domu. Dlatego, chcąc posłuchać wiadomości, wieczorem biegliśmy do miasta i gdziekolwiek usłyszeliśmy z otwartego okna głos spikera, przystawaliśmy cichą, zasłuchaną gromadką. Wierzyliśmy we wszystko, co mówiono przez radio. Bez powątpiewania. Wielki panował entuzjazm wówczas nie tylko w armii, ale i wśród ludności cywilnej, od młodego do najstarszego. A głos spikera dodawał nam jeszcze otuchy. „Niemiec — mówił — to olbrzym, ale na glinianych nogach. To słabeusz żywiony tylko margaryną i namiastkami. Jego broń to tandeta, czołgi — słabe jak gliniany garnek, który nietrudno rozbić. Polak nigdy nie lękał się Niemca... Nie damy nawet guzika od płaszcza Rzeczypospolitej”. Aż dreszcz przechodził po plecach z emocji. My, młodzi, też chcieliśmy biec i walczyć...

Co dzień to nowe wychodziły rozporządzenia: naklejać paski papieru na szyby okien, kopać rowy, do których mają się kryć ludzie w czasie nalotu. Ale nikt się nalotów nie bał. Gdzie by tam Niemcy odważyli się bombardować Polskę! Toż nasi dzielni lotnicy natychmiast by ich strącili.

Każą uszczelniać piwnice jako schrony przeciwgazowe. Chłopcy z niedalekiej szkoły też budują jakiś schron czy bunkier. Wykopali w ziemi wielką dziurę i pokryli ją gałęziami. Ciekawe, przed czym to ma chronić?

Pierwszy września — ranek. Mgła otula pola, a ja idę z bańką do pobliskiej mleczarni. Gdzieś z daleka dolatują jakieś huki — słabe, niewyraźne, lecz przewalające się jak grzmoty. Ludzie przystają na drodze i skupiają się w gromadki. Pierwszy z brzegu woła do mnie:

— Wojna!

Wszyscy są jacyś inni niż zazwyczaj. Z twarzy wyziera niepokój i zatrwożenie. Jakoś przyczaili się i skupili. Nawet mówią półgłosem...

Jeszcze tego dnia hitlerowskie bomby spadają na dworzec kolejowy. Po nalocie pozostaje tylko gruz, powyginane szyny, spiętrzone kupy wagonów, rozrzucone podkłady i zmasakrowane szczątki ludzi. Lecz z frontu nadchodzą pocieszające wiadomości. Polacy idą naprzód. Już są w Prusach Wschodnich.

Ale i inne, wręcz odmienne wieści zaczynają krążyć wśród ludzi: Niemcy strasznym uderzeniem miażdżą naszych, front załamany...

Pokazują się pierwsze samochody z rannymi. Niemka Herk stanęła w drzwiach sklepu rzeźniczego, którego jest właścicielką, ujęła się pod boki rękami i szczerzy zęby. Kobiety, Polki, krzyczą, pokazują palcami — dać po mordzie hitlerówce. Niemka chowa się, zamykając na klucz drzwi.

5 września pokazują się na drogach uciekające nasze wojska. Idą w nieładzie, obszarpani, rozbici. Niektórzy bez broni, twarze szare, pomęczone, rozpacz wyziera z oczu. Cywile wybiegają naprzeciw.

— Co to? Dlaczego uciekacie?

— Nie ma amunicji, nie mamy co jeść. Nikt nam nie dostarcza, nie dowozi nic.

— Brońcie swego Pomorza! — woła jakiś żołnierz.

Rozprzężenie i nieład. Cywile też zaczynają uciekać na łeb, na szyję. Ktoś tam pociesza:

— Słyszałem przez radio. Francja i Anglia wydały Niemcom wojnę. Teraz się odmieni. Tylko patrzeć, jak nadlecą angielskie samoloty i zrzucą spadochroniarzy na pomoc Polakom.

Ktoś tam odpowiada, iż wie na pewno, otrzymał wiadomość, że angielskie okręty są już w Gdyni.

W powietrzu słychać ciężki warkot, ryk silników. Uciekinierzy zatrzymują wozy, wszyscy z ufnością patrzą w niebo. Ukazują się na nim wielkie samoloty.

— To na pewno angielskie — oznajmia ktoś. — Widzę znaki.

Od samolotów odrywają się jakieś ciemne podłużne kluchy i lecą w dół, potężnieją — padają na zapchane uciekinierami drogi...

Bomby... Huk, ogień, rozpryskują się odłamki, szczątki wozów, strzępy ludzkich ciał. Wrzaski, lament, jęki... Kwik koni. Wywrócone wozy, pierze z podartych pierzyn, worki z żywnością, ranne kobiety i dzieci. Wszystko tarza się w pyle. Przeżywam straszne minuty, leżąc przyciśnięty pod płotem. Wrażenie, jakiego dotąd w moim życiu nie miałem. Serce podchodzi aż gdzieś do gardła, mdli.

Wojna... Widzę ją na własne oczy i czuję. Nie taka wojna, o której się czytało w książkach o bohaterach. Wojna ohydna jakaś, niesamowita. Wojna z kobietami płaczącymi strasznym głosem nad poszarpanymi szczątkami rozdartych od bomb dzieci.

Samoloty znów nawracają. Koszą z karabinów maszynowych. Kto jeszcze żyw, ucieka jak najdalej od drogi i zbitego tłumu. Ja również uciekam... Gonię przez pole buraków cukrowych ku krzakom olszyny. Widzę, jak przede mną półkolem pryskają podziurawione liście. Rzucam się na ziemię, wtulam twarz w rośliny. Czuję śmierć blisko. „Czy to możliwe — bije rozpaczliwa myśl — aby zginąć już teraz, na samym początku wojny, i nie czuć, nie doświadczyć już nic?” Jakby ktoś okrutny wydarł z dłoni ciekawą książkę życia, z której przeczytało się dopiero kilka pierwszych stronic... A jednak żyję. Następnej nocy rozmawiałem ze znajomym żołnierzem, który z cofającego się oddziału wyskoczył tu na chwilę, aby w rodzinnych stronach zorganizować coś do jedzenia dla siebie i kolegów.

Od niego dowiedziałem się, że ponieśliśmy klęskę. Opowiedział o strasznej masakrze polskiego wojska, dokonanej przez pancerne oddziały hitlerowskie. Mówił o haniebnej dezercji oficerów, o rozpaczliwym bohaterstwie prostego żołnierza. Później o zwątpieniu i całkowitym załamaniu ducha...

Słuchając tego, czułem zamęt w głowie. Nie tak sobie wyobrażałem wojnę. Przecież ja i inni chłopcy w moim wieku marzyliśmy, że nasi żołnierze okryją się chwałą.

Piątego dnia wkroczyli do naszego miasteczka, Kowalewa, Niemcy. Miejscowi Prusacy, których mieliśmy znaczny procent, witali hitlerowców z lamentem i płaczem jako wybawców ze „strasznej niewoli polskiej”. Kolumny samochodów i czołgów zawalały drogi. Wywieszone flagi ze swastykami kłuły w oczy. My, Polacy, czuliśmy, jakby zapadła się nam pod nogami ziemia i zginął świat...

Pierwsze dni i tygodnie okupacji jednak przemijały względnie spokojnie. Powracali uchodźcy, których los, a raczej lęk przed hitlerowcami zagnał aż gdzieś pod Warszawę. Wygłodzeni, wynędzniali, obdarci, okropnie brudni, zastraszeni i niepewni jutra, wracali jednakże na swe rodzinne śmiecie, do własnych gospodarstw i ziemi. Bo co mieli począć? Tylko uprzywilejowani mogli jechać przez rumuńską granicę, wypchawszy sobie walizy pieniędzmi i kosztownościami.

Innym pozostawał powrót w ręce wroga, do często zniszczonych i spalonych domostw. Nie wszyscy zresztą wrócili. Bomby wroga nie znały litości. Wielu pogrzebano w obcych stronach. Wracali i niektórzy wojacy. Zjawił się między innymi od Brześcia nad Bugiem i mój szwagier, któremu radzieccy żołnierze kazali iść do domu — babę pocieszyć i ziemniaki kopać.

Ludzie wzięli się teraz do szukania i spędzania żywego inwentarza, wypuszczonego przed ucieczką z chlewów i obór. Niełatwo było go zebrać. Niektóre sztuki ktoś już „upolował” i zjadł. Niektóre, wylękłe, zapędziły się na torfowiska, powpadały do dołów torfowych i utonęły. Inne jeszcze, zgładzone wybuchami bomb, leżały po rowach napęczniałe, wzdęte i śmierdzące od rozkładu, który szybko postępował w gorących wrześniowych promieniach słońca.

Mimo wszystkich przeżyć ludzie wróciwszy łudzili się nadzieją, że da się jakoś żyć pod władzą okupanta. Każdy starał się pracować cicho na swoim gospodarstwie. Mało mówiono, nie narzekano nawet. Ludzie przyczaili się jakby i tylko spode łba patrzyli na poczynania wroga. A wróg upajał się zwycięstwem. Z każdego okna, z każdego masztu kłuły oczy flagi z hakenkreutzem. Wisiały kilka tygodni, aż do zniszczenia płócien. Krzyki i śpiewy hitlerowców dochodziły ciągle z miasteczka. Balowali, bawili się, ryczeli: „Heil Hitler!” — i słuchali przez radio przemówień swego wodza.

Nasyciwszy się w końcu chwałą, zwrócili jednak oczy na Polaków, którzy w dobrodusznej swej naiwności łudzili się, że da się jakoś z nimi współżyć. Mieli nawet podstawę do tych złudzeń, gdyż przed wojną na Pomorzu Polacy żyli z Niemcami jak najlepiej, aż za dobrze. Nikt im nie dokuczał, przeciwnie, świadczono Niemcom wiele grzeczności. Teraz hitlerowska bestia zaczęła na swój sposób „się odwdzięczać”.

Było to drugiego miesiąca okupacji. Siedzieliśmy w domu wieczorem, w zupełnej prawie ciemności — nafty jeszcze nie dostarczono do sklepów, a kilka litrów kupionych „na wojnę” już się wyczerpało — gdy ktoś cicho zapukał do okna.

— Idź, zobacz, kto tam — rozkazał mi ojciec.

Wyszedłszy na podwórko, zobaczyłem jakąś ludzką postać, majaczącą w mroku. Ten ktoś stał przytulony do ściany domu. Dopiero gdy się zbliżyłem, poznałem jednego z nauczycieli. Zaprosiłem go do domu. Wówczas przemówił:

— Ukryjcie mnie gdzieś, ratujcie! Uciekłem od wykopanego grobu...

Gdy się uspokoił, opowiedział wszystko po kolei i dopiero wtedy pojęliśmy sytuację.

Otóż krótko przed wieczorem gestapowcy w czarnych mundurach pod wodzą Neitzela, Niemca urodzonego na Pomorzu i przez całe dwadzieścia lat żyjącego w Polsce, zaczęli wywlekać z domu niektórych Polaków. Spędziwszy ich, pognali za miasto i tam w okolicy starych murów zamkowych kazali kopać doły. Któryś z hitlerowców oznajmił im, że kopią groby dla siebie. Inny na szyderstwo kazał się jednemu z Polaków położyć na ziemi, aby można było odmierzyć właściwą długość i szerokość mogiły.

— Kończyliśmy kopanie — opowiadał nauczyciel — gdy nadjechał motorem jakiś obcy i coś powiedział do gestapowców.

Skazańcy zrozumieli niemiecki język: „Nie tu i nie dziś”. Później dowódca zbliżył się do nich i rzekł, że mogą iść spokojnie do domów, bo to były tylko żarty.

— Nie macie pojęcia — kończył przybyły, co to za ohydne wrażenie — kopać grób dla samego siebie w pełni świadomości. I za co oni chcą nas zabić? Bo że wykonają swój zamiar — to pewne. Tylko widocznie inaczej zorganizują tę zbrodnię.

Prosił mnie później, aby jakoś prześliznąć się nieznacznie do jego mieszkania, uwiadomić rodzinę, przynieść trochę pieniędzy, bo zamierza uciec w głąb Polski, gdzie go nie znają.

Dopomogłem mu. Ucieczka się udała.

Zaplanowany masowy mord wykonali hitlerowcy po kilku tygodniach, gdy zagrożeni uspokoili się już i niektórzy, ukrywający się po pierwszym aresztowaniu, powrócili do domów.

Tym razem sprowadzono większe oddziały SS i przystąpiono do akcji systematycznie, według spisów i listy. Na czele stanął herszt oprawców, jeden z najzacieklejszych hakatystów Pomorza, Heinz Bormann.

Zaganiano obywateli polskich, bijąc ich kolbami i pałkami z ołowianym zakończeniem. Na pierwszy ogień poszedł doktor Owczarczak i staruszek dziekan, ksiądz Alojzy Puppel. Dalej inteligencja z miasteczka, wójtowie i niektórzy sołtysi z okolicznych wiosek, nauczyciele i poseł na Sejm — Klimek.

Wszystkich Polaków spędzili hitlerowcy na plac obok żydowskiej synagogi, którą właśnie rozwalili. Strąconą z wierzchołka kulę wraz z gwiazdą wcisnęli do rąk staruszka księdza i kazali mu, tuląc ją do piersi, kroczyć na czele zegnanych Polaków. Przedtem jeszcze zmuszali go do zamiatania placu przed synagogą. Postąpili tak dlatego, że wystąpił z ambony w obronie Żydów.

Całą gromadę Polaków pod gęstą eskortą gnali hitlerowcy kilkanaście kilometrów aż do Nielubskiego Lasu. Ksiądz Alojzy Puppel, opadłszy z sił, nie mógł iść, słaniał się i padał. Esesowcy bili go i kopali. Inni skazani Polacy, chcąc uchronić go od zniewag i męczarni, wiedli go na zmianę pod ręce.

Wszystkich rozstrzelano. Hitlerowski najeźdźca pokazał swą naturę.

Oprawcy w mundurach SS i SA rekrutowali się przeważnie z miejscowych i okolicznych Niemców. W większości urodzeni byli na terenach polskiego Pomorza. Mieszkali przez miedzę z Polakami, chodzili do wspólnych z nami szkół, traktowani byli przez nas jak najlepiej.

Teraz zaczęło się dla nas życie pełne niepewności i strachu. Ludzie sypiali poza domem, aby w wypadku nocnego najścia hitlerowców mieć możność ucieczki.

Lecz i oprawcy byli chytrzy i następną brankę urządzili w jasny dzień. Po prostu porwali nieszczęsnych od pracy.

Z tego okresu szczególnie utrwalił mi się w pamięci obraz Polaków z sąsiedniej wioski, gnanych przez esesmanów na punkt zborny, z którego miał wyjść transport do obozu. Na przodzie kilku mężczyzn pod konwojem „czarnych”, a za nimi biegnąca jakaś kobieta. Błagała rozpaczliwie, aby puszczono jej męża.

Gdy zbytnio zbliżała się do uprowadzanych, esesmani odtrącali ją kolbą karabinu lub kopniakiem. Gdy słabła, chwytała się drzew przydrożnych, wspierała na nich i odpocząwszy nieco, z wyciągniętymi przed siebie rękoma biegła dalej. Wreszcie, gdy zrozumiała, że w sercach katów hitlerowskich nie ma litości i że ukochanego męża traci już na zawsze — upadła i została tak na drodze...

Czytany 317 razy