środa, 04 wrzesień 2019 08:30

80. rocznica wybuchu II wojny światowej - IV część

Wrzesień 1939 roku w pamiętnikach chłopskich

 

W tym roku mija 80. rocznica wybuchu II wojny światowej. Bogactwo pamiętników, zwłaszcza napisanych przez mieszkańców wsi, zgromadzonych w Centralnej Bibliotece Rolniczej skłoniło nas do uczczenia tej rocznicy poprzez publikacje, w odcinkach, fragmentów pamiętników opisujących wybuch wojny i pierwsze miesiące jej trwania.

 

Pamiętniki od dawna mają wielki urok i są wysoko cenione przez czytelników i historyków. Dają możliwość niemal bezpośredniego obcowania duchowego z ludźmi, poznawania ich myśli i opinii, a także zwierzeń o nich samych. Pozwalają czytelnikowi nie tylko poznać przeszłość, ale także wczuć się w wydarzenia opisywane przez naocznych świadków. W kolejnym odcinku publikujemy fragment pamiętnika Czesława Adamskiego “Las Białucki” zamieszczonego w cyklu Wspomnienia chłopów z lat 1939-1945, tom Reduty wiejskie, wydawnictwo Książka i Wiedza, 1969.

 

 

Czesław Adamski

Las Białucki

1 września 1939 roku było pięknie i słonecznie, w dniu tym, w którym po raz pierwszy miałem przekroczyć próg szkoły — padły na miasto faszystowskie pociski. Mieszkańcy nie byli w zasadzie zaskoczeni — sporo ich już parę godzin temu uciekło do Warszawy, reszta w wielkim pośpiechu zabezpieczała swoje mieszkania.

Nasze mieszkanie zamykałem ja, ponieważ matka, słysząc pierwsze wybuchy, wbiegła z siostrą do piwnicy, gdzie znajdowali się już wszyscy sąsiedzi z tego domu. Zapomniała zamknąć drzwi na klucz. Na górze został plecak i dwa czy trzy tobołki. Zgodnie z jej poleceniem przekręciłem tylko klucz w zamku, nie ruszając niczego, i pobiegłem na dół.

Gdy kanonada nieco ucichła, część lokatorów rozeszła się do mieszkań, a część opuściła dom. My również opuściliśmy kamienicę, udając się zgodnie z poprzednimi planami za miasto, gdzie miał czekać na nas wóz pani Skoniecznej, pracodawczyni mego ojca.

Przejście ulicami miasta wywarło na mnie przygnębiające wrażenie. Pamiętam dokładnie — jakby to było kilka dni temu — uszkodzone od pocisków domy, pozrywane druty telefoniczne, na chodnikach potłuczone szkła okien wystawowych. Tu i ówdzie przebiegały pojedyncze postacie. Miasto opustoszało, a nad nim unosiły się już kłęby czarnego dymu, przysłaniając blask słońca. Idąc ulicą płakaliśmy. Płakała matka, płakałem ja i siostra. Gdy przechodziliśmy koło piekarni, w drzwiach szeroko otwartych ukazała się tęga postać policjanta niosącego większą ilość pieczywa.

Wreszcie doszliśmy do umówionego miejsca. Całe szczęście, wóz jeszcze czekał.

Matka załadowała nasze tobołki, nas usadowiła między nimi. Ruszyliśmy przed siebie. Celem naszym miała być Warszawa. Łudziliśmy się, że tam bezpiecznie przetrwamy pożogę wojenną.

Kto wie, jak zakończyłaby się ta wędrówka, gdyby nie to, że nie trzymaliśmy się tłumów uciekinierów i nie korzystaliśmy prawie z dróg bitych. To uchroniło nas od masakry, jaką sprawiły na szosie hitlerowskie samoloty. Ale i my nie uniknęliśmy ostrzeliwania z broni pokładowej.

Nasza kolumna składała się tylko z trzech wozów, omijała miasta i większe osiedla. Pomimo tego raz, będąc w odległości kilkudziesięciu metrów od jakichś zabudowań, zauważyliśmy nisko zbliżające się do nas trzy samoloty. O tym, że były to samoloty wroga, przekonaliśmy się niedługo, bo zatoczyły krąg nad pasącymi się spokojnie nie opodal gospodarstwa krowami i otworzyły do nich ogień. Dwie czy trzy krowy przewróciły się. Ktoś podciął naszego konia, aby czym prędzej schronić się pod gęsto rosnącym bzem. Nasz wóz akurat zatrzymał się pod zwisającymi gałęziami. Wybuchnęliśmy z siostrą płaczem.

Niektórzy spośród towarzyszy podróży przebiegli drogę i schronili się za płotem. Warkot samolotu zbliżył się tak, że zacząłem krzyczeć ze strachu. Rozległ się głośny, przeraźliwy wizg nurkującej maszyny i jednocześnie padły dwie krótkie serie. Z krzaków na nasze głowy posypały się liście. Matka mocno pobladła. Mogliśmy mówić o wielkim szczęściu. Nikt nie był nawet ranny.

W czasie dalszej podróży nieraz byliśmy nękani przez hitlerowskie samoloty. Zdarzało się, że atakowały nas w szczerym polu. Zostawialiśmy wtedy wozy na łasce losu, a sami zazwyczaj kryliśmy się w napotkanych kartofliskach. Czas szybko mijał, a my ciągle uciekaliśmy, co gorsza, nie wiedzieliśmy, jak długo i dokąd.

Zajechaliśmy wreszcie do miejscowości składającej się z kilku porozrzucanych jak pionki na szachownicy gospodarstw. Ponieważ panował tu wyjątkowy spokój, postanowiliśmy przedłużyć nasz pobyt u dość sympatycznego, przychylnego gospodarza. Posiadał on duży sad owocowy, z którego korzystaliśmy do woli. Wprawdzie tu też bardzo często pokazywały się samoloty, ale o dziwo — nie strzelały. Dziwne też było zachowanie się gospodarza. Kiedy tylko usłyszał warkot, natychmiast znikał. Nikomu nie przyszło do głowy, aby ten miły człowiek miał jakiś kontakt z wrogiem. A jednak...

Raz, gdy raczyliśmy się w sadzie owocami, nadleciał dość nisko samolot hitlerowski. Widać było wyraźnie czarne krzyże. Zaczął krążyć nad zabudowaniami. Przestraszony poprzednimi nalotami, zacząłem uciekać- Wtedy właśnie zauważyłem stojącego za stodołą gospodarza. W ręku trzymał kawałek szmaty i dawał nią jakieś znaki. Samolot jeszcze raz zatoczył krąg i odleciał w stronę niewielkiego zagajnika, po czym zniknął z pola widzenia.

Następnego dnia koło osiedla przeszły grupy żołnierzy polskich, w kilka godzin po nich zaś ukazały się pierwsze hitlerowskie patrole. Za nimi jechały zmotoryzowane jednostki.

Widok niemieckich mundurów przerażał matkę. Zasłaniała oczy rękami, aby ich nie oglądać. Jeden z Niemców, widząc jej zachowanie, podszedł i śmiejąc się, zaczął coś szwargotać. Matka, nie podnosząc głowy, wycedziła przez zaciśnięte zęby:

— Patrzeć na was nie mogę!

Całe szczęście Niemiec nie rozumiał po polsku, odszedł więc zadowolony, że w końcu odpowiedziała na jego słowa. Później ktoś znający niemiecki rzekł, że hitlerowiec mówił, by się cieszyć z ich zwycięstwa, bo będzie nam dobrze.

Matka jednak dalej objawiała w sposób widoczny swój wstręt do najeźdźców. Nie reagowała na ostrzeżenia, jej zachowanie rzucało się Niemcom w oczy. Nic więc dziwnego, że w końcu zjawił się jakiś hitlerowski oficer i coś gniewnie szwargotał, wymachując rękami. Matka stała jak wryta, nie okazując żadnej skruchy. Wtedy wyszarpnął pistolet z kabury i kto wie, co by się stało, gdyby nie prośba któregoś ze współtowarzyszy ucieczki i mój przeraźliwy płacz. Niemiec zmierzył nas tylko strasznym wzrokiem, schował pistolet i odszedł.

Zachowanie się naszego gospodarza tymczasem było nadal zastanawiające. Rozmowę, jaka zaraz po wkroczeniu wroga zawiązała się między nim a niemieckimi żołdakami, przeplatał bardzo szczery, serdeczny śmiech. Po prostu gwarzyli jak dobrzy znajomi. To matkę dobiło do reszty.

Powrót do domu był o tyle przyjemniejszy, że odbył się w warunkach zbliżonych do normalnych.

Miasto zastaliśmy zniszczone, ale kamienica, w której mieszkaliśmy, ocalała; tylko szyby były wybite.

Rozpoczęło się życie pod hitlerowską okupacją. Niemcy prześladowali nas na przeróżne sposoby. Bili i kopali przy lada jakiej okazji lub bez żadnego powodu starych i młodych, dzieci i kobiety. Wystarczyło, że ktoś przez nieuwagę dostatecznie nisko się nie ukłonił przed Niemcem, a już na jego głowę sypały się razy.

Ponieważ codziennie przychodziły transporty zwalnianych polskich jeńców, więc dzień w dzień przesiadywałem na dworcu, wypatrując wśród przybyłych ojca. Niestety, nie byłem tak szczęśliwy, jak kilku moich rówieśników, którzy odeszli trzymając za rękę swych ojców.

Radość ich wprawdzie w większości wypadków była chwilowa. Niemcy bowiem prowadzili akcję „przesłuchań” na wspomnianej przeze mnie piaskownicy. Wyglądało to w ten sposób, że przybyłego z niewoli już najbliższej nocy zabierano na owo „przesłuchanie”i więcej do domu nie wracał.

W związku z tym i my mieliśmy parokrotnie „odwiedziny”. Trwały one krótko. Hitlerowcy w mundurach, z trupią czaszką na, wygiętych jak siodła czapkach, pytali tylko matkę, czy mąż jest w domu, lustrując przy tym przenikliwym wzrokiem mieszkanie, a gdy otrzymywali odpowiedź, że nie wrócił z wojny — wychodzili.

Żyliśmy w ustawicznej rozpaczy. Z jednej strony obawialiśmy się o los nie powracającego ojca, z drugiej — przerażeniem przejmowała nas myśl, że powróci, aby znaleźć śmierć.

Któregoś dnia matka zerwała się wcześnie rano po koszmarnym śnie. Śniło jej się, że ojciec leży w jabłonowskiej piaskownicy i jest mu tam dobrze, tylko że zimno mu w nogę i rękę, bo są odkryte.

Matka w sny nie wierzyła, ale ja — w końcu dziecko — podkradłem się do piaskownicy pod pretekstem przyniesienia piasku do wysypania chodnika. Ku swemu przerażeniu w miejscu świeżo pokrytym zobaczyłem wystającą część buta i fragment wojskowego płaszcza, który mógł być rękawem. Chlipiąc, zacząłem przysypywać je piaskiem.

Później okazało się, że ojciec zginął na froncie od bomby lotniczej.

Czytany 221 razy