piątek, 30 sierpień 2019 14:57

80. rocznica wybuchu II wojny światowej - II część

Wrzesień 1939 roku w pamiętnikach chłopskich

 

W tym roku mija 80. rocznica wybuchu II wojny światowej. Bogactwo pamiętników, zwłaszcza napisanych przez mieszkańców wsi, zgromadzonych w Centralnej Bibliotece Rolniczej skłoniło nas do uczczenia tej rocznicy poprzez publikacje, w odcinkach, fragmentów pamiętników opisujących wybuch wojny i pierwsze miesiące jej trwania.

 

Pamiętniki od dawna mają wielki urok i są wysoko cenione przez czytelników i historyków. Dają możliwość niemal bezpośredniego obcowania duchowego z ludźmi, poznawania ich myśli i opinii, a także zwierzeń o nich samych. Pozwalają czytelnikowi nie tylko poznać przeszłość, ale także wczuć się w wydarzenia opisywane przez naocznych świadków. W drugim odcinku publikujemy fragment pamiętnika Zenona Sulkowskiego „W mojej Brzeźnicy” zamieszczonego w cyklu Wspomnienia chłopów z lat 1939-1945, tom Reduty wiejskie, wydawnictwo Książka i Wiedza, 1969.

 

 

Zenon Sulkowski

W mojej Brzeźnicy

Jak błyskawica przewaliła się lawina wojenna we wrześniu 1939 roku. Już 3 września moja rodzinna wioska, Brzeźnica, i jej okolice znalazły się pod okupacją hitlerowską. Po trzydniowej ucieczce wracaliśmy do domu, wioząc na wozie cały swój dobytek. Ojciec prowadził za nami krowę, brat pędził ocalałą świnię. Nisko przelatujące nad nami samoloty niemieckie, znaczone czarnymi krzyżami, napawały nas lękiem. Wioska moja przedstawiała straszny widok. Ocalałe domy policzyć można było na palcach. Tylko sterczące kikuty poczerniałych od dymu kominów i dopalające się resztki drewnianych chat świadczyły o tym, do czego zdolne było hitlerowskie żołdactwo.

Miałem wówczas tylko dziesięć lat. Niemców bałem się bardzo. Nie chciałem w ogóle pokazywać się im na oczy. Wolałem siedzieć w domu (dom nasz na szczęście ocalał). Aż pewnego razu przyszli sami. Było ich dwóch. Do dziś ich doskonale pamiętam. Zapytali o ojca (był wtedy na podwórzu, reperował zniszczony płot). Przyszedł trzymając w ręku czapkę. Pomyślałem wtedy, że go zabiorą. Ból ściskał mi gardło. W oczach miałem łzy.

— No co, stary — powiedział jeden z nich po polsku. — Teraz wam będzie lepiej niż za waszego Rydza. Tylko musicie nas słuchać i pracować dla nas, dla naszego narodu! Ty się nas nie bój, bo my dobrzy ludzie. My was nauczymy roboty i porządku. Teraz ty wziąć wiadro i szpadel i iść zalewać ogień. Ty wiesz gdzie? Tam koło tego waszego kościoła.

Słuchaliśmy w milczeniu. Stałem wtedy z rękami w kieszeniach. Nie podobało się to widocznie Niemcowi, bo krzyknął na mnie:

— Ty, mały, ja ciebie nauczę, gdzie ty mieć ręce! Ręce do góry! Kto wie, może ty mieć tam broń! Marsz do kąta!

Uczyniłem, co rozkazał. Poszli. Odetchnęliśmy z ulgą. Pierwsze spotkanie z nimi skończyło się jeszcze nie tak źle. Ojciec zgodnie z rozkazem stawił się na wyznaczone miejsce. Chodziło o zalewanie tlących się resztek chałup i zasypywanie ognia ziemią.

Część ludności naszej wioski stanowili Żydzi. Przed 1939 rokiem stosunki między nimi a nami układały się dobrze. Oni zajmowali się handlem. Teraz, w kilka dni po napaści, Niemcy zaczęli ich rozstrzeliwać. Zabierali ich z domów lub wyciągali z kryjówek i wyprowadzali grupami do najbliżej znajdującego się lasu pod Ważnymi Młynami nad Wartą. Stamtąd już żaden nie wracał. Tym Żydom, których uznano za silnych i zdrowych, przypięto żółte gwiazdy i wysłano do roboty. Pracowali przez pewien czas przy rozbiórce spalonych domów i przy budowie drogi. Przypominam sobie, że pędząc ich zawsze rano ze szpadlami na ramionach do wyznaczonego miejsca pracy, Niemcy zmuszali ich do śpiewania: ,,Ten nasz Hitler złoty, nauczył Żydków roboty...”

Po pewnym czasie i oni zniknęli. Nocą żandarmi niemieccy wepchnęli ich kolbami karabinów do samochodów ciężarowych. Punkt docelowy — obóz śmierci. Zapamiętałem to dobrze. Nie mogłem pogodzić się z faktem, że odbierano im prawo do życia.

Po kilkunastu dniach, gdy okupant zaprowadził w Brzeźnicy swój porządek, otwarto dla nas szkołę. Poszli do niej moi koledzy, poszedłem i ja. Ale po kilku dniach nauki szkołę zamknięto. Po prostu w czasie lekcji przyszło do klasy dwóch żandarmów niemieckich. Jeden z nich, mówiący po polsku, zakomunikował nam, że szkoły już nie będzie.

— Wy jesteście nam teraz potrzebni. Języka niemieckiego zdążycie się nauczyć bez szkoły. Będziecie mieć dużo czasu na taką naukę. Wy jutro rano stawicie się wszyscy na placu przed gminą. Pójdziecie do roboty.

Budynek szkolny zamieniono w kilka godzin później na kwaterę dla żołnierzy niemieckich, którzy przybyli do Brzeźnicy.

Nazajutrz rano o godzinie ósmej moja matka wyprawiła mnie z domu. Kawałek suchego chleba, kilka słów pocieszenia i otarcie łez — oto co otrzymałem na drogę. Dołączyłem do szeregu, w którym stojący już od kilku minut czekali na rozkazy. Żandarm zajmujący się nami powiedział po polsku, że za chwilę przyjdzie do nas pan komisarz. Uczył nas, jak mamy się zachować. Kiedy komisarz będzie blisko, mamy wszyscy zdjąć czapki i ukłonić się w pas.

Czekanie przeciągało się. Trwało już pół godziny. Widać było, że Niemiec się niecierpliwi, bo przechadzał się z jednego końca szeregu w drugi, oglądał i poprawiał na sobie mundur. Zaczął padać drobny deszcz. Niebo pokryło się czarnymi chmurami. Było nam zimno.

Wtedy wyszedł z gminy człowiek okryty długą peleryną. Był wysoki, ślepy na jedno oko. Idąc patrzył w ziemię. Spod poły peleryny zwisał mu rzemienny bat. Gdy przybliżył się do nas, zdjęliśmy czapki i ukłoniliśmy się jak najniżej. Żandarm zameldował nas po niemiecku, wyprostowany jak napięta struna.

Widok owego pana komisarza wzbudził w nas niesamowity lęk, a jednocześnie odrazę do tego człowieka. Stanął przed nami, grupą polskich dzieci drżących ze strachu i z zimna, i powiedział (słowa jego tłumaczył żandarm), że czeka nas praca. Trzy kilometry stąd, w Dubidzach, znajduje się folwark niemiecki. Tam mamy codziennie chodzić do roboty w polu.

— Będziecie kopać marchew, buraki, ziemniaki, robić wszystko to, co każe wam pan Mitzke. Jeżeli który z was nie będzie robił tak, jak trzeba, zostanie wysłany do obozu.

Pana Mitzke poznaliśmy w tym samym dniu. Był nieduży, ubrany w futerko, na głowie nosił kapelusz z piórkiem, a w ręku znowu bat. Często przyjeżdżał w pole na koniu kontrolować, jak pracujemy.

Od tego czasu zawsze rano stawaliśmy w szeregu, by po sprawdzeniu obecności wędrować na pola pana Mitzke. Pracowaliśmy za darmo. Żałowano nam nawet kawałka suchego chleba. Głód często zaspokajaliśmy surową marchwią lub brukwią, oczywiście zjedzoną pod nieobecność karbowego.

Pewnego razu, gdy biegłem z grupą do roboty, zabrakło mi tchu i sił. Zwolniłem kroku i zostałem w tyle. Konwojujący nas na rowerze Niemiec zatrzymał się wtedy i powiada:

— Dalej, naprzód! Ty możesz, tobie się tylko nie chce.

Uderzył mnie w twarz. Mocno poczułem jego łapę na swoim policzku. Zapłakałem. Nie litował się wcale, lecz pchnął mnie do przodu. Cóż, musiałem dalej biec. Komu się miałem poskarżyć? Buntowałem się, ale tłumiłem to w sobie. Czyż można było wówczas szukać sprawiedliwości? Przyrzekłem, że może kiedyś pomszczę moją krzywdę. Nie pomściłem, choć potem miałem ku temu możność.

Czytany 158 razy