piątek, 30 sierpień 2019 10:43

80. rocznica wybuchu II wojny światowej - I część

Wrzesień 1939 roku w pamiętnikach chłopskich

 

W tym roku mija 80. rocznica wybuchu II wojny światowej. Bogactwo pamiętników, zwłaszcza napisanych przez mieszkańców wsi, zgromadzonych w Centralnej Bibliotece Rolniczej skłoniło nas do uczczenia tej rocznicy poprzez publikacje, w odcinkach, fragmentów pamiętników opisujących wybuch wojny i pierwsze miesiące jej trwania.

 

Pamiętniki od dawna mają wielki urok i są wysoko cenione przez czytelników i historyków. Dają możliwość niemal bezpośredniego obcowania duchowego z ludźmi, poznawania ich myśli i opinii, a także zwierzeń o nich samych. Pozwalają czytelnikowi nie tylko poznać przeszłość, ale także wczuć się w wydarzenia opisywane przez naocznych świadków. W pierwszym odcinku publikujemy fragment pamiętnika Walentego Jareckiego „W opłotkach Osjakowa” zamieszczonego w cyklu Wspomnienia chłopów z lat 1939-1945, tom Reduty wiejskie, wydawnictwo Książka i Wiedza, 1969.

 

 

Walenty Jarecki

W OPŁOTKACH OSJAKOWA

Kiedy kładłem się spać 31 sierpnia, nawet nie pomyślałem, że obudzą mnie huki i brzęczenie szyb. Kilka dni przedtem wyszło zarządzenie: zasłaniać wszystkie okna, żeby światła nie było widać.

1 września 1939 roku zerwałem się o piątej rano. Obudziły mnie huki i drżące w oknach szyby. Ojciec stał przed oknem i patrzył w górę na samoloty. W pierwszej chwili nie było jeszcze popłochu, bo nikt nic dokładnie nie wiedział, co się stało. Szybko jednak zorientowali się ludzie, że to niemieckie samoloty i że to właśnie rozpoczęła się wojna. Widać było, jak z samolotów spadały bomby, które wybuchały ze strasznym hukiem.

Te głośne huki, wybuchy, od których trzęsły się szyby — to właśnie bombardowanie Wielunia, miasta powiatowego, oddalonego od Osjakowa o dwadzieścia kilometrów. Wieluń pierwszy padł ofiarą hitlerowskich bombowców. Bombardowanie tego miasta rozpoczęło się właśnie o godzinie piątej rano. Wtedy to Niemcy przekroczyli granicę, przeszli przez Prosnę i szybko zaczęli iść w głąb polskich terenów.

Wieluń — jedno z pierwszych miast Polski rozwalonych przez hitlerowskie bombowce — został zniszczony prawie w siedemdziesięciu pięciu procentach. Waliły się i paliły w tym mieście nie tylko domy, ale także szpital, kościół i inne obiekty, urzędy i instytucje. Ludzie uciekali w wielkim popłochu na wschód. Uciekali boso, w koszulach, jak kto zdążył i jak mógł, zostawiając cały dobytek i rzeczy wszystkie na pastwę losu. Uciekali nawet ranni. Tylko ci zostali w gruzach, którzy już nie żyli lub którzy o własnych siłach iść nie mogli. To było straszne przeżycie dla ludzi. Nawet ci, którzy tygodniami całymi leżeli chorzy w szpitalu, a teraz udało im się wymknąć z walącego się gmachu, zebrali się i o własnych siłach szli, byle dalej od tego piekła, od tego huku, dymu, ognia...

O godzinie piątej rozpoczęło się bombardowanie, a niedługo już pierwsi wielunianie byli w Osjakowie. Tu się teraz zrobił ruch, wielki popłoch, zwłaszcza, kiedy ludzie zobaczyli rannych wieluniaków. Zorganizowano też natychmiast coś w rodzaju szpitala, gdzie rannym lekarze udzielali pierwszej pomocy.

Wieluniacy uciekali, jak kto mógł. Jedni rowerami, inni pieszo. Gnał ich strach, lęk — jakaś niezwykła siła. Cała szosa zatarasowana była ludźmi. Niektórzy zatrzymali się w Osjakowie na pewien czas, aby odpocząć, inni, bardziej wystraszeni, szli dalej na wschód szosą wiodącą do Piotrkowa.

Najbardziej zmartwiona była moja ciocia Antosia, siostra mojego ojca, bo nie wiedziała, co się stało z jej narzeczonym, który mieszkał wtedy w Wieluniu. Ślub miał się odbyć wkrótce, a tu masz ci los! Kto wie, czy on żyje?... Tyle ludzi już jest z Wielunia, a jego wciąż nie ma. Zjawił się wreszcie i on. Przyszedł lekko ranny w czoło, zziajany, wystraszony, skrwawiony. I on to właśnie był przyczyną, że w domu naszym zaczął się ruch. Trzeba uciekać. Byle dalej na wschód, byle dalej.

Zostawiliśmy dom i wszystko w nim na pastwę losu. Mieliśmy ze sobą rower-damkę cioci Antosi — który ja prowadziłem — obładowany pakunkami i tobołami. Każdy z nas, a było nas z ciocią i jej narzeczonym aż pięcioro, dźwigał coś na plecach. Nawet moja malutka siostrzyczka, którą mama trzymała za rękę, niosła swoją lalkę. — Po co ta lalka? — narzekała ciocia. — Trzeba było ją zostawić... Ale moja siostrzyczka płakała i nie chciała zostawić lalki.

Podczas naszej ucieczki zatrzymaliśmy się na chwilę na łące Icka (to taka łąka niedaleko od naszego domu, która wtedy była własnością Żyda Icka). Wtedy właśnie widziałem, jak pani naczelnikowa poczty wraz ze swoim synem bronili się przed gazem. Mieli z sobą duże białe prześcieradło. Gdy samoloty niemieckie przelatywały nad nami, wtedy syn pani naczelnikowej poczty maczał w rowie prześcieradło i tym mokrym prześcieradłem owijał matkę i siebie. Wyglądało to bardzo śmiesznie, ale nikt się wtedy nie śmiał. Tak ludzi przecież uczono robić krótko przed wybuchem wojny, podczas różnych odczytów i pogadanek. Ludzie bali się najwięcej gazu trującego. O bombach burzących niewiele się słyszało. A teraz właśnie nie gazowe, ale burzące bomby leciały z samolotów. Co chwila — to wybuch.

Na łące Icka nie było wcale bezpieczniej niż w domu, więc poszliśmy w słoneczniki i tam przeleżeliśmy kilka godzin. Ale wystraszona ciocia i jej narzeczony wciąż namawiali mego ojca, żeby iść dalej, bo tu lada chwila mogą być Niemcy. Zgodził się więc ojciec i przed wieczorem byliśmy już w Lesisku, to jest w takiej niedużej wiosce pod lasem, kilka kilometrów od Osjakowa. Zakwaterowaliśmy się u jednego gospodarza w stodole, bo w mieszkaniu byli już inni, którzy wcześniej tu przyszli. Tu właśnie, w stodole, postanowiliśmy nocować. Nawet dobrze mi się spało na słomie, bo noc była ciepła. Ale rano o świcie ktoś krzyknął: — Gaz! Zerwałem się na równe nogi. Nie tylko ja. Wszyscy. Okazało się, że to nie był gaz, tylko smród z palącego się pierza. Gospodyni kurę zabiła i wrzuciła pierze pod blachę. I stąd ten dziwny zapach na podwórzu — i popłoch.

Niektórzy poszli do lasu oglądać dół, jaki zrobiła bomba, ale mnie mama nie pozwoliła. Rano po skromnym śniadaniu ojciec powiedział, że pojedzie na damce do Woli po szwagra i przyjadą wozem, to się zabierze rzeczy i pojedziemy wszyscy do Woli, bo tam na uboczu, z dala od szosy, będzie najbezpieczniej, dalej nie ma sensu iść. I tak się stało. Ojciec pojechał na damce do Woli, a myśmy czekali cierpliwie w stodole. Tak przeszedł prawie cały dzień. Ojciec zapowiedział, że mamy czekać na niego i nigdzie nie odchodzić.

Ale ludzie przynosili różne wiadomości. Straszyli się wzajemnie. Opowiadali, że Niemcy są już blisko, że kogo spotkają, to zabijają. Ciocia — wystraszona — powiedziała, że musimy uciekać stąd, nim będzie noc. Więc uciekliśmy. Doszliśmy do szosy i wsiedliśmy na wóz żołnierski, bo wojsko polskie też uciekało. Zamiast wysiąść w Mierzanowie i dojść do Woli, gdzie miał być ojciec, to myśmy dojechali aż do Ruśca. Tu mama powiedziała, że dalej się nie ruszy. Tak więc drugą noc wojny spędziliśmy w stodole w Ruścu.

Rano mama oznajmiła, że szosą nie pojedzie, wracać też nie będzie, bo kto wie, co się stało w Woli z ojcem. Może tam są już Niemcy i może ojca zabili. Postanowiła więc iść do siostry na Chrusty.

Ciocia kazała mojej małej siostrze zostawić lalkę w stodole i nie dźwigać jej dalej. Siostra płakała, ale lalkę zostawiła. Mama przykryła lalkę słomą i powiedziała, że jak będziemy wracać, to ją zabierzemy. Ale jużeśmy tą samą drogą nie wracali i lalka przepadła. Szliśmy na Chrusty przez las. Po drodze mijaliśmy wioski i pojedyncze chaty, ale nigdzie już ludzi nie było. Uciekli. Więc i my uciekaliśmy coraz dalej.

W jednym mieszkaniu zobaczyliśmy nieżywego żołnierza polskiego. Leżał na podłodze. Wystraszeni tym widokiem, szliśmy coraz prędzej.

Kiedy znaleźliśmy się wreszcie u cioci w Chrustach, to tam już był wielki ruch. Przygotowywano się właśnie do ucieczki.

Poszedłem za stodołę i płakałem. Tak jakoś smutno i przykro mi się zrobiło, że nie ma z nami tatusia. Kto wie, co się z nim stało? Czy żyje? Różne myśli i różne pytania przychodziły mi do głowy. Byłem zły na ciocię Antosię, że kazała nam uciekać. Przecież mieliśmy czekać na ojca.

A ojciec rzeczywiście przyjechał po nas do Lesiska wozem. Bardzo się zdziwił i zasmucił, gdy nas tam już nie zastał. Nie wiedział, gdzie nas szukać. Wrócił więc do Woli i tam przebywał przez najgorszy czas. Martwił się przy tym strasznie o nas.

A myśmy uciekali. Pamiętam, włożyliśmy na furę swoje tobołki i szliśmy za nią całą noc. To już była trzecia noc wojny. Moja siostra siedziała na wozie, bo była malutka, a ja musiałem razem ze starszymi iść za furą. Tylko od czasu do czasu udało mi się niepostrzeżenie uwiesić u wożą, ale koniom było ciężko, bo był załadowany, więc mnie spędzano.

Tych wozów jechało bardzo dużo, jeden za drugim. A ludzi szło jeszcze więcej. Jedni pędzili krowy i owce, inni prowadzili dzieci za ręce. To była taka strasznie smutna pielgrzymka. I nikt nie wiedział, gdzie idzie. Byle dalej, byle dalej na wschód...

Całą noc tak wędrowaliśmy. Całą noc przez las. To musiał być duży las. Mosty na rzekach zniszczone. Przechodziliśmy brodem przez wodę. Bywało, że konie stawały na środku i trzeba było pchać wóz, żeby wydostać się na drugi brzeg. Noc była ciepła, cicha. Nie słychać ani strzałów, ani wybuchów, ani nawet warkotu samolotów, naprawdę idealna cisza. Tylko turkot furmanek i odgłosy kroków oraz rozmawiających ludzi. Czasem krowa zaryczała. Czasem ktoś krzyknął na konie. I tak przez całą noc. Nawet zdrzemnąłem się kilka razy na wozie, gdy udało mi się nań wskoczyć niepostrzeżenie.

Wczesnym rankiem znaleźliśmy się na skraju lasu. Tu zatrzymaliśmy się. Nazbieraliśmy suchego drzewa i rozpaliliśmy ognisko. Gotowała się woda na herbatę. W pobliżu był dwór i stało kilka stogów. Gospodarze poszli do nich po siano dla koni.

Czy to można tak brać bez pytania, przecież to kradzież? Ale cóż, wojna... Konie zmęczyły się. Trzeba je napaść.

Herbata nie smakowała mi. Nie mogłem jej pić. Czuć ją było dymem. Jadłem więc tylko chleb na sucho. Dopiero ciocia przyniosła mi trochę krowiego mleka. Ale tylko trochę, bo mleko było dla małych dzieci.

Po krótkim odpoczynku znowu ruszyliśmy w drogę. Tym razem do najbliższej wioski. Jeśli się nie mylę, to ta wieś nazywała się Wygiełzów. Właśnie w niej zatrzymaliśmy się. I tu doszło do sprzeczki pomiędzy moją mamą a ciocią Antosią. Ciocia chciała, abyśmy uciekali dalej do Piotrkowa, a mamusia nie. Sprzeczka przemieniła się nawet w kłótnię i padły wymówki, że to tylko przez ciocię jesteśmy teraz bez tatusia. Ciocia pogniewała się na mamę. Poszła ze swym narzeczonym do Piotrkowa, a myśmy zostali w Wygiełzowie i marzyli, żeby odnaleźć tatusia. Ale to nie taka prosta rzecz, bo była wojna. Znowu rozległy się strzały, huki. Znowu szyby brzęczały. Całe szczęście, że dni były ciepłe, pogodne, słoneczne, a nawet upalne. To ułatwiło nam życie w tułaczce.

Później znowu wędrowaliśmy. Przybyliśmy do wioski Chojcyny. Nie wiem, czy przez „H” czy przez ,,Ch” pisze się nazwę tej wioski, ale wiem, że tak się właśnie nazywała. Dziwna nazwa. Zastanawiałem się nad tym, skąd pochodzi taka właśnie.

Tu, w Chojcynach, przez jedną noc byliśmy pod ogniem. Przelatywały nad nami pociski. Przez cały czas rozlegał się huk. To była najgorsza, najstraszniejsza noc.

Tu, w Chojcynach, zobaczyłem też po raz pierwszy od chwili wybuchu wojny polski samolot. Ale niedługo latał. Właśnie nad lasem zaatakowały go trzy samoloty niemieckie. Spadł ten polski samolot na wierzchołki drzew. Niemieckie zwyciężyły go.

Front był niedaleko i z każdą chwilą przybliżał się. W nocy świeciły łuny pożarów. Paliły się domy, paliły się wsie całe. To był straszny widok.

W południe przyjechało dwóch żołnierzy polskich na motocyklu. Zaczęli się nas wypytywać o wojsko. Okazało się, że to byli przebrani Niemcy. Nawet motor był niemiecki. Tylko mundury mieli polskie. Szpiedzy!

W szóstym dniu naszej ucieczki dogonili nas Niemcy. Cóż, można było wracać do domu. Zaraz też ruszyliśmy. Ale teraz już nie przez las, lecz bliższą drogą. W czasie powrotu widzieliśmy tylko jednego trupa przy szosie. Był to zabity żołnierz polski. I widzieliśmy mogiły żołnierzy niemieckich.

Tydzień czasu trwała nasza wędrówka. Po tygodniu spotkaliśmy się z ojcem. Jaka radość, ile uciechy, że znowu jesteśmy razem! Tego nie da się opisać...

Kiedy wróciliśmy do Osjakowa, od razu zauważyliśmy, że w naszym domu ktoś podczas naszej nieobecności gospodarzył. Szmaty, bielizna na podłodze leżały zdeptane. Mama zauważyła, że brakuje wiele naszych rzeczy.

Kilka garnków znalazło się później, były u sąsiadki. Tłumaczyła się, że to Niemcy jej dali te nasze garnki.

Tak się zaczął okres okupacji. Trudno było żyć, bo nic kupić nie można. Nawet chleba. Dobrze, że zostało w domu sporo skórek chlebowych, które przez tydzień czasu zeschły się mocno, to gryźliśmy je jak suchary. Ale powoli wszystkiego zabrakło. Ludzie wyruszyli w pole. Zaczęły się wykopki, więc o ziemniaki nie było trudno. A jak były ziemniaki, to już głodu nie było.

Czytany 246 razy